w nowy sposob

Koniec roku się zbliża więc w zasadzie wypadałoby napisać jakieś podsumowanie roku czy coś... Ale ja tym razem to niewiele mam do powiedzenia. Trzy czwarte roku przejęczałam w związku z różnymi dolegliwościami stanu odmiennego a pozostały kwartał przeryczał mi mój mały Kubuś. Gdy nikt nie jęczał i nie ryczał to czasem coś tam oglądałam w TV i niby mam jakieś pojęcie o tym co nam "nowego" nasz oficjalny showbiznes w tym roku podrzucał. Ale szczerze mówiąc zamiast komentarza to równie dobrze mogę rzucić pawia i na jedno wyjdzie. Eee tam...
Co w 2007 jeszcze? Do mnie szczególnie silnie dotarła informacja o kolejnym zespole, który miał na trasie wypadek. Tym razem Decapitaded wracając z trasy po Rosji nie mieli szczęścia. Moment jak mgnienie oka i nie ma dwóch młodych muzyków, którzy jeszcze przed chwilą śmiali się pełni wiary w swoją przyszłość. Ruszyło mnie to tak silnie dlatego że przecież nie tak w końcu dawno też mieliśmy "czołówkę" na trasie z Closterkellerem. Nie raz i nie dwa myślałam potem w całkiem nowy sposób o życiu i inaczej postrzegałam chwilę w której żyję. Bo mogło być inaczej. TIR z naprzeciwka przed którym na koniec na styk przelecieliśmy w pole mógł jechać minimalnie szybciej i wtedy byłby te dwie sekundy z przodu. I już bym nie pisała tego wszystkiego tutaj, nie byłoby Kubusia, nowych numerów Closterkeller, "niczego by nie było" parafrazując mistrza odlotu - pana Kononowicza. I teraz nie ma siły - koniec jazdy z kierowcami nie bojącymi się ryzyka na trasie, z luzakami pewnymi swej maestrii, z ciężką nogą na gazie, jadącymi po piwku, dymku czy nieprzespanej nocy. Jakże piękną rzeczą jest to że mogę wciąż wzdragać się na wspomnienie potwornych szarpnięć i uderzeń, przypominać sobie jak głos Pucka wyciągał mnie z gęstej mgły w którą zapadłam, jak krew spływała mi po twarzy i potworny ból który mnie ściął z nog jak wydostałam się z samochodu. Piękną rzeczą - bo mogłabym już tego nigdy nie móc wspominać. Tak jak wielu muzyków, którzy w ten sposób doszli do końca swej drogi. "Stop wariatom drogowym!" - cholernie niegłupie hasło... A tymczasem trzy dni przed najważniejszym jak dla mnie wydarzeniem muzycznym roku - doroczną trasą Abracadabra, nasz ukochany kierowca Wujek oznajmił nam że nie jedzie. Z bardzo ważnych przyczyn rodzinnych. O cholerka... Zastępca się znalazł ale trauma początkowo była niezła. A propos - tak kuriozalnej trasy to nie było! Miała nieoficjalną nazwę "Baby Tour", gdyż wzięliśmy na nią Kubusia - słodkiego bobaska w wieku dwóch i pół miesiąca. Zdominował mnie całkowicie. Koncerty były czasem jedynie upierdliwym dodatkiem do sprawy zajmowania się uroczym aniołkiem, który regularnie na pół godziny przed rozpoczęciem się koncertu zamieniał się w ekstremalnie upierdliwe półdiablę. Umierający z głodu, na maxa wyspany i z przelewającym się nagle pampersem stawał się ryczącym Centrum Wszechświata. Musiałam wznosić się na szczyty asertywności a nasza Pani Manager z kolei przeobrażała się w Matkę Teresę. Postuluję uzupełnienie "Żywotów Świętych" o jej biografię! A także naszego kierowcy. Łał, gdyby nie oni to nie wiem, chyba bym po tygodniu zmieniał dom wariatów pod nazwą Closterkeller na taki bardziej tradycyjny i bez klamek. Tak, że moja trasa to były głównie pieluchy, butelki, cycki i laktator.
PS: Udzieliliśmy wywiadu SuperExpressowi i padło tam sformułowanie że "Nasz Kubuś to taki mały słodki wampirek" - chodziło o łapczywe ssanie mleczka. I właśnie mam przed nosem egzemplarz. A tam wielki tytuł: "Wychowuje syna na wampira". No dzięki... Bawmy się...