
Wraz ze swoją formacją Closterkeller przetarła szlak dla wielu darkowych zespołów w Polsce, nie stroni od ekscentrycznych zachowań, które często urastają do miana skandalu wręcz ogólnokrajowego. Kobieta po przejściach, ale ciągle poszukująca głębokich uczuć - Anja Orthodox.
Niedawno ukazała się anglojęzyczna wersja waszego ostatniego albumu...
- Zmiksowaliśmy materiał od nowa, dodając wokale po angielsku no i niestety ta produkcja jest trzy razy lepsza niż polska wersja, co mnie mocno wnerwiło, bo teraz płyta brzmi tak, jak powinna brzmieć od początku. Niestety w przypadku pierwotnego "Nero" nie wyszło do końca tak, jak byśmy tego sobie życzyli.
Nieraz wyrażałaś swą niechęć do śpiewania w języku angielskim, czy uważasz, że nagrywanie takiej płyty o "zło konieczne"?
- Owszem - lepiej czuję się śpiewając we własnym języku. Po części trochę traktuję to jako zło konieczne, choć nie nazwałabym tego aż tak mocno. Płyta anglojęzyczna jest adresowana na rynek zachodni i logiczne jest, że trzeba ją nagrać w języku uniwersalnym. Nie mam ambicji ani ochoty być jakimś rycerzem zmian w tej materii. Jak ma się za sobą silną wytwórnię, która pcha promocję, to można próbować śpiewać w rodzimym języku, ale poza kilku-kilkunastoma zespołami cała reszta nagrywa po angielsku. Prawdę mówiąc na "angielskim" "Nero" chciałam zostawić dwa utwory po polsku, ale uległam perswazjom Krystiana (tłumacz tekstów - przyp. aut.) aby wykorzystać wszystkie tłumaczenia. Gdyby było miejsce, to zamieściłabym "Miraż", ale że nasze płyty są długie, więc nie było gdzie go upchnąć.
Czy przyszedł wreszcie czas na tak długo zapowiadaną płytę solową?
- W końcu udało mi się ukończyć demo - takie porządne, i dopiero teraz mogę zacząć poszukiwania wydawcy. Materiał nie jest tak mocno gitarowy i czasami jest zdecydowanie mniej wokali w porównaniu z tym, co robię w moim macierzystym zespole - jest bardziej elektroniczny, ale nie jest to dark wave. Kiedyś wymyśliłam takie ładne określenie na to: "muzyka filmowa z wokalami". Rozlane, przestrzenne, dziwne dźwięki połączone z klasycznymi brzmieniami orkiestrowymi, smyki, flety, fortepiany - to wszystko wmontowane w taką przelewającą się muzykę. I co jest ważne, przy tym solowym projekcie prawie wszystko jest moje, stworzone moją ręką.
Czyli Anja bardziej kompozytor niż wokalistka?
- Na pewno bardziej niż w Closterkeller - moja muzyka, moje utwory, moje aranżacje i wykonanie. Freddie (gitarzysta Closterkeller - przyp. aut.) dograł tylko tu i ówdzie gitarki i pomógł przy aranżu sekcji rytmicznej w paru numerach. Choćby po reakcji na koncertach, podczas których prezentowałam te kompozycje, wiem, że bardzo wielu osobom ta moja muzyka się bardzo podoba. Aczkolwiek na pewno nie jest to muzyka uniwersalna - dla wszystkich. Na to jest chyba zbyt nawiedzona.
Premierowe wykonanie live tego materiału na festiwalu Castle Party parę lat temu było dość chłodno przyjęte.
- Ten występ w Bolkowie był pierwszym z serii. A wiadomo - pierwsze koty za płoty. I na dodatek byłam wtedy chora. Później było kilka koncertów i na ogół kończyło się tym, że musiałam powtórzyć program jeszcze raz od początku. Nie jest to muzyka, przy której miotałyby się tłumy i tańczono dzikie pogo. Ludzie stali i słuchali. Zresztą zauważam podobną rzecz, kiedy Closterkeller gra nowe numery. Ale wracając do sedna - wszystkie te prezentacje, które miały miejsce do tej pory, były nieoficjalne. Zawsze zapewniałam, że to materiał demo, który upubliczniam tylko dla zaspokojenia ciekawości słuchaczy, tudzież swojej potrzeby jego pogrania. Nie wiem, jak będzie po wydaniu płyty, może skompletuję zespół, choć prawdę mówiąc podobałoby mi się to granie tylko z podkładem. Zespół na żywo nie wykona tego tak jak należy, to są zbyt złożone klimaty. No i moja ręka...
Czy uważasz, że warto jest robić wokół siebie szum medialny, balansując na krawędzi skandalu?
- Wszystko jest warto, bo dzięki czemu ludzie zapamiętują? Jakbym nawijała tylko o gotyku i różnych dostojnych rzeczach, nikt by tego nie zapamiętał. A co utkwiło wszystkim w głowie? Sex telefon, torebka trumienka itp. Właśnie w ten sposób osoby myślące dopełniają swój wizerunek.
Część fanów jednak odczuwa pewne zniesmaczenie taką postawą.
- To już ich problem, trudno. Zwróć uwagę - dlaczego tylko ja z całej tej sceny jestem znana jakoś szerzej? Właśnie dzięki temu. Dzięki takim zabiegom, które na Zachodzie, że już nie wspomnę o Stanach, są rzeczami normalnymi. Wszyscy tylko kombinują, jak zaistnieć w mediach. A u nas jest to niedocenianą rzeczą, przez co wykonawcy tracą. Trzeba mieć swój rozum i wykorzystywać to na swoją korzyść.
Ale w ten sposób możemy dojść do sytuacji, w której wizerunek artysty i wszystkie "chocki-klocki", które on wyprawia przesłaniają przekaz.
- Uważasz, że w moim wypadku tak się dzieje?
Niektórzy ludzie bardziej kojarzą Cię jako skandalistkę, niż artystkę.
- To zależy kto. Ja zakładam, że jak się zainteresują tym, jaką muzykę tworzę, to wsiąkną. Co zresztą się sprawdza, bo po tego typu akcjach dostaję dużo maili typu: "zaciekawiło mnie to, ściągnęłem(am) próbki mp3 i o rany jaki super zespół, ja nie wiedziałem(am), że taka muza istnieje w tym kraju". A to, że paru zgorzkniałych darkowców ze starej gwardii będzie parskało na mnie, mi to wisi - i co z tego? Oni i tak by się na mnie wypięli, jak nie za tę rzecz, to za to, że nie gram tak, jak na swojej pierwszej, "dupnej" zresztą, płycie. Do różnych ludzi w różny sposób się dociera. Ja uważam, że na pewno w moim wypadku image nie dominuje nad tym, co robię jako twórca - i o to chodzi. Najważniejsze we mnie jest to co piszę i o czym śpiewam.
Odkąd pamiętam borykacie się z problemami natury menedżerskiej...
- Nadal mamy z tym kłopot. I nie mam pojęcia, z czego to wynika - boją się mnie, czy jak? Jest tyle kapel dużo mniej od nas popularnych, które nie mają takich problemów. Dla mnie to jest jakiś cholerny fenomen. Próbowaliśmy z paroma osobami, ale zawsze się jakoś dziwnie kończyło. Mnie najbardziej osłabia menadżer, który przychodzi i na dzień dobry mówi, że on będzie z zespołem współpracował i chce brać kasę za coś, co ja już załatwiłam, np.: my nagrywamy płytę, a on chce się podpiąć do tego, jeszcze nic nie zrobił, a już chce wjechać w cash. Bezczelność niektórych ludzi połączona z debilizmem jest powalająca. Ja już próbowałam się zwrócić do wszystkich możliwych osób i jakoś nic z tego nie wyszło.
I przez to wasz terminarz koncertowy kuleje...
- Mamy parę osób, które czasem pomagają nam załatwić koncerty, więc od czasu do czasu coś się dzieje. Ostatnio był okres przerwy - "Nero" angielskie, pracowałam też nad solowym materiałem. Ale teraz trzeba będzie coś z tym zrobić. Osobiście nie chce mi się załatwiać wszystkiego, ja nienawidzę być menedżerem. Zresztą ciągle też trafiam na pieprzniętych organizatorów. Klasyczna sytuacja - koleś nas zaprasza: czekamy na was, przyjeżdżajcie, będzie zajebiście. My ustawiamy koncerty dookoła, po czym, jak przychodzi zapiąć ostatnie rzeczy i postawić kropkę nad "i" nagle facet przestaje odbierać telefony, odpowiadać na sms-y - znika. Potem tacy goście potrafią się odnaleźć po kilku tygodniach, sami dzwonią wynajdując najróżniejsze powody czemu nie wyszło, a tak naprawdę cholera wie, o co im chodziło. I to się powtarza w kółko. Czasami się czuję, jakbym była w domu wariatów. Niekiedy ludzie mi mówią, że to ja jestem taka postrzelona, tymczasem stwierdzam, że jestem jedyną normalną osobą w bandzie jakichś takich czubów.
Myślisz, że sytuacja trochę ucywilizuje się po 1 maja?
- Mam taką nadzieję. Na tej zasadzie, że jak gdzieś jest taka menelska ulica, na której powstanie kilka eleganckich sklepów, wybudują ładniejszy dom, to ten szyk, ta większa elegancja prędzej czy później zacznie oddziaływać - że ta Europa tak na ten nasz kraj podziała. Choć akurat to, co mówiłam o tych "zoszołomiałych" ludziach, to myślę, że takich można sporo znaleźć również za granicą. Natura ludzka jest tak rąbnięta, a zwłaszcza u osób, które obracają się w branży artystycznej i dookoła. Wyjątkowa liczba szajbusów się trafia, takich którzy mają "artystyczną duszę", i oni folgują temu swojemu artyzmowi. Brak menedżerów z sensem to poważny problem. Menedżer musi być związany z zespołem emocjonalnie, coś musi go z nim wiązać. I będzie to albo kasa, którą będzie zarabiał albo musi bardzo lubić kapelę, być trochę idealistą, albo kochać się w kimś z zespołu (śmiech).
W latach 90. byliście zespołem "mainstreamowym", teraz wasza pozycja jest słabsza...
- Nie będę się pchała na popowy świecznik, chcę iść nurtem ewidentnie rockowym. Wolę mieć naprawdę wysoką pozycję tutaj, niż bujać się bez sensu między jednym, a drugim plastikiem. Nasza pozycja na rynku rockowym, jaką wypracowaliśmy od kiedy rozstaliśmy się z Polygramem, jest mocna. To jest fundament, a w nurcie popowym wszystko się chwieje, za rok może nie być już danego zespołu, zresztą widać, że tak się notorycznie dzieje. Closterkeller jest zbyt ważny - to moje dziecko, żebym na taki cienki lód wchodziła. I "Nero" jest tego dowodem - postanowiłam nie bawić się w jakiekolwiek kompromisy i nagrać ciężką, mroczną, zupełnie niepopową płytę. Znalazły się tam niechcący dwa lżejsze numery, ale to taki wypadek przy pracy. Ja chciałam, żeby cały album był taki ciężki, łupiący, taki elektroniczno-ryczący. Jak przy okazji jakoś tam da się zaczepić o mainstream, to będzie mi miło, gdyż w związku z tym zarobię kasę, którą lubię jak każdy normalny człowiek. Następną płytę też chciałabym puścić w tę stronę, nawet może bardziej zabarwić ją industrialem, może trochę w taki rammsteinowaty deseń. Szczególnie, że z tym obecnym składem jest na to spora szansa. Uważam, że formuły czysto rockowo-metalowe teraz już mocno gonią własny ogon i ciężko jest tam coś ciekawego wymyślić. Nie chcę za bardzo już takich klasycznych riffów, no ale zobaczymy, jest jeszcze dużo czasu.
Jesteście dość rozrywkowym bandem...
- Oj - w porównaniu z innymi rozrywkowymi zespołami, które znamy, to jesteśmy całkiem stateczną ekipą. Natomiast jest w nas dużo pozytywnego nastawienia do świata i lubimy się bawić i śmiać. To tylko Pucek (basista Closterkeller - przyp. aut.) po pijaku w autokarze robił fiołki i zdemolował sufit butami, ale to drobnostka (śmiech). Aha - i to nie my podpaliliśmy hotel w Szczytnie na ostatniej trasie. Ja wolałam zajmować się przyjemniejszymi rzeczami wtedy - między mną a Piotrkiem (basista Delight - przyp. aut.) miłości i seksu było odpowiednio dużo. A Freddie poderwał wtedy klawiszówkę Sacriversum - Ankę i też są obecnie parą. Pozostali trzej są w związkach małżeńskich i kochają swoje żony i nie "groupiesują". Pucek ma taką swoją bardzo piękną sentencję, jak pojawiają się żarty na "te" tematy lub do drzwi puka jakaś zainteresowana fanka - "seks to przeżytek, bzykanie jest nudne i bez sensu".
Wspominałaś o Piotrze, opowiedz o Nim coś więcej.
- Piotr lubi mocną muzę bez klawiszy - nu-metal, power metal - jakiej ja nie czuję. Umiarkowanie kuma gotyk, a nawet nie przepada za nim. Nigdy nie był fanem Closterkellera, no i dobrze, bo główną zasadą jest - nie zabierać się za fanów, bo to się głupio czasem kończy. On ma swój zespół, ja mam swój i jest dobrze. A pozamuzycznie - jest cudownym facetem, jesteśmy bardzo szczęśliwi, kochamy się bardzo. Odnaleźliśmy w sobie drugie połówki zupełnie niespodziewanie. Gdy się poznaliśmy, akurat obydwoje byliśmy po rozpadzie poważnych, długich związków, zniechęceni do jakichkolwiek poszukiwań. Ale na trasie "Dark Stars" (trasa koncertowa z udziałem m. in. zespołów Closterkeller i Delight - przyp. aut.) tak potężnie między nami zaiskrzyło, że od tego czasu jesteśmy razem. Od razu zamieszkaliśmy ze sobą i prawie od razu podjęliśmy decyzję o ślubie. Mamy podobne spojrzenia na świat i oczekiwania względem siebie - widać może jesteśmy sobie jakoś przeznaczeni.
Rozmawiał: Mariusz "MarKucH" Kucharski