"Nie jestem satanistką" [Angora 1.11.2009]

"SALONOWE BURZE BOHDANA GADOMSKIEGO"

Na telewizyjne show przyszła z torebką w kształcie trumny, a na ślub w czarnej sukni i w złotej sukni z czarnymi skrzydłami... Magister zootechniki, wokalistka rockowa, kompozytorka i autorka tekstów. Była radną dzielnicy Warszawa-Ochota, autorką felietonów w piśmie specjalistycznym "Tylko Rock". Niegdyś tancerka i gimnastyczka. Dzisiaj - pasjonatka komputerów i telefonów komórkowych, miłośniczka wszelkich nowinek technicznych i nowoczesnych gadżetów. Ale przede wszystkim serce i mózg słynnego zespołu CLOSTERKELLER (rock gotycki) i jedna z najbardziej charyzmatycznych polskich wokalistek. Na rynku jest DVD "Live Act IV - Przystanek Woodstock 2008" i nowa płyta "AURUM", promowane trasą koncertową, która właśnie się rozpoczęła.


- Nareszcie nagrałaś nową płytę. Czyli ruszasz do boju. Jeszcze chce Ci się walczyć?

- Oczywiście, a napędza mnie miłość do muzyki i autentyczne powołanie. To, że śpiewam, piszę teksty, występuję z koncertami, jest dla mnie naturalną rzeczą. To wszystko stanowi część mnie.

- No tak, ty - ze swoją efektownie zapisaną kartą w polskiej muzyce rockowej - nie musisz już specjalnie o nic zabiegać...

- A jednak... Cały czas muszę zabiegać o uznanie naszych fanów, tym bardziej, że ciągle przybywają nowi młodzi ludzie i ja, wraz z zespołem Closterkeller, musimy od poczatku wypracowywać sobie wśród nich uznanie i sympatię. I o to przede wszystkim staram się, bo najważniejsi są dla mnie odbiorcy naszej muzyki, dla których tworzę i dla nich żyję. Nie muszę już zabiegac o to, żeby w radiu puszczano nasze piosenki, bo przejęła to firma Universal Music Polska, pod której patronatem teraz jesteśmy. Do tej pory radiowcy na dźwięk słowa Closterkeller odwracali się tyłkiem, nie słuchając nawet, co mamy im do zaproponowania.

- Naprawdę?

- Żałuję, że czasami muszę przejść przez ludzi małych, aby trafić do wielkich, czyli odbiorców naszej muzyki. Przyznaję, nie tworzymy dla wszystkich, swoją muzykę kierujemy do ludzi nietuzinkowych, z wyższym progiem emocjonalności i przeżywania, z umiejętnościami wyciągania pewnych refleksji.

- Czy nadal uprawiacie gotycki rock?

- Jeżeli koniecznie trzeba włożyć nad do jakiejśc szufladki muzycznej, to najprędzej może nią być "rock gotycki", aczkolwiek nasza muzyka jest bardzo eklektyczna - od ballady do metalu przez pośrednie i oboczne gatunki. Nie wahamy się z czegoś zaczerpnąć, ale efekt pozostaje ten sam - klimatyczna mroczna muzyka rockowa.

- Czym wasza muzyka różni się od innych gatunków?

- Bardzo duży nacisk położony jest na refleksję, mroczną emocję, która daje równie mroczne szczęście. Także na poezję słów i dźwięków, poezję brzmień i nastrojów. Staramy się stworzyć coś, co wywoła u słuchacza uczucia nie do końca dające sie opisac słowami.

- I udaje się?

- Tak, bo świadczą o tym opinie naszych fanów. Wydaje mi się, że udało nam się zaszczepić u niektórych miłośc do rocka gotyckiego.

- Kto dzisiaj stanowi krąg waszych odbiorców?

- To ciągle tacy sami ludzie, chociaz zmieniający się personalnie. Ludzie o podobnym profilu psychicznym i emocjonalnym. Oni poszukują poezji w otaczającej ich rzeczywistości. Tacy jak my.

- Skład zespołu zmieniał się przez te 20 lat.

- Nie jesteśmy ewenementem, jakim na rynku muzycznym niewątpliwie jest zespół Big Cyc. Zmiany w naszym składzie następowały z powodów czysto życiowych, np. nasz pierwszy klawiszowiec wyjechał do Stanów Zjednoczonych na stałe. Gitarzysta Pawełek miał rodzinę i założył firmę, która zaczęła się bardzo dobrze rozwijać. Zostawił muzykę i układa mu się znakomicie. W sumie, przełomowe zmiany składów miały miejsce trzykrotnie. Ostatnia niedawno, bo powrócił do zespołu basista Krzysztof Najman, który przez wiele lat grał z nami i bardzo mocno wpłynął na wizerunek i brzmienie zespołu. Aktualny skład to: Michał Rollinger, Krzysztof Najman, Mariusz Kumala i Janusz Jastrzębowski.

- Nie zmieniła się w tych składach tylko jedna osoba - dyrektorka i mózg Closterkelleru, czyli... ty, Anju.

- Ciągle jestem szefową zespołu i zarządzam nim organizacyjnie i artystycznie. Menedżerką jest Ola Wojciechowska.

- Co na twoje przywództwo mówią silni faceci rockmani z zespołu?

- Najstarsi przywykli do tego. Będąc szefową, o wiele rzeczy musiałam walczyć, podczas gdy faceci otrzymują to samo bez walki. Zostałam producentem naszej ostatniej płyty. Krzysztof Najman miał coś przeciwko temu, ale gdy zobaczył efekt końcowy, zmienił zdanie.

- Krzysztof Najman kiedyś nie wytrzymał prywatnie twojego przywództwa i... odszedł, rezygnując także z roli męża swojej szefowej...

- Nie odszedł. Nasze małżeństwo się rozsypało, co było bardzo bolesne dla nas obojga, zwłaszcza, że mieliśmy dziecko. Więcej nie chciałabym mówić, bo Krzysztof znowu jest w zespole i wygasły emocje, które między nami były. Ponadto w zespole gra mój aktualny mąż, Mariusz Kumala, z którym Krzysztof się przyjaźni. W żwiązku z taką sytuacją wszystko, co związane było z naszą przeszłością, zostało zawieszone na kołku.

- Kiedy odszedł Krzysztof Najman?

- W 1999 roku, a powrócił w 2006. Nasze relacje układają się teraz poprawnie. Jestesmy parą przyjaciół z kapeli. Naszego syna Adasia wychowuję ja, w większych sprawach konsultuję się z Krzysztofem.

- Ciekawy układ - dwóch mężów, były i obecny, razem pracuje z byłą i obecną żoną.

- Żeby było ciekawiej, to obaj sa zaprzyjaźnieni. Mariusz jest pełen uznania dla Krzysztofa, jego talentu i dorobku. Krzysztof podchodził początkowo do Mariusza z dużą rezerwą, ale gdy usłyszał go na koncercie z innym zespołem, to nawet filmował go telefonem komórkowym, co u niego jest oznaką dużego uznania i zainteresowania.

- Co różni obu muzyków?

- Jest dużo podobieństw, obaj sa muzykami z krwi i kości, stuprocentowymi rokendrolowcami. Mariusz jest bardziej zasadniczy, bardziej zamknięty w sobie, niechętny światu na dzień dobry. Umysł ścisły, analityczny. Dzięki temu jest podobny do mnie, i pewnie dlatego się nim zachwyciłam. Wróżka przepowiedziała nam, że w gwiazdach jestesmy sobie przypisani, a od jesieni będzie mi towarzyszył wielki progres. On jest Wodnikiem, ja Koziorożcem. Krzysiek (Lew) jest cieplejszy i bardziej przyjazny.

- Z obydwoma masz dóch synów. Przedstawmy ich.

- Starszy, Adam ma 16 lat i wyrósł na perkusistę, chociaz robiłam wszystko, żeby nim nie został. W domu ma cały niezbędny sprzęt do grania na gitarach i do wokalu, oprócz bębnów, więc wymyślił, że zostanie perkusistą. Idzie mu coraz lepiej. Jest bardzo podobny do swojego ojca. Niestety, nie ma charakteru na wokalistę. Jest raczej wycofany, niż "do przodu".

- W końcu kupiłaś mu perkusję?

- Kupiliśmy mu z Mariuszem, bo ma dryg do tego, jak i do komponowania. Cały czas siedzi przy komputerze i komponuje całkiem fajne rzeczy. Poszedł do technikum informatycznego.

- A młodszy?

- Ma dwa lata. Jest słodki, śliczny i bardzo mądry, wzorzec dziecka idealnego.

- Pamiętam, że zawsze chciałaś mieć córkę.

- To prawda, i miała mieć na imię Ewa, dlatego pierwszemu synowi dałam na imię Adam. W przypadku drugiego synu było mi już wszystko jedno. Ojciec wybrał dla niego imię Jakub. Widzę, że ma filing artystyczny, ale na razie insteresuje się gitarami, autobusami i wagonikami kolejki linowej. Mówi pełnymi zdaniami.

- Jaki jest twój drugi mąż, Mariusz, młodszy od ciebie o 12 lat?

- Jest mądry, bardzo wrażliwy, ma szalenie artystyczną duszę. Bardzo podobny do mnie, aż do absurdu, bo łapiemy się na tym, że jednocześnie myślimy o tym samym.

- Niebywałe!

- Aż trudno jest nam w to uwierzyć. Tłumaczymy sobie, że jest tak dlatego, że jesteśmy sobie przeznaczeni. Magiczna sytuacja. Łączy nas jednośc duchowa.

- Cały czas sielanka?

- Nie, bo zdarzały się różne sytuacje, które nas od siebie odsuwały, ale ciągle do siebie wracaliśmy, myśląc, że nie można zaprzepaścić czegoś takiego jak nasz silny związek, bo po raz drugi coś takiego się nie zdarzy.

- Czy zanim zdecydowałas się go poślubić, wspomniałaś o różnicy wieku między wami?

- Oczywiście. Ślub wzięliśmy jak nasz Kubuś już chodził.

- Byłaś w białej sukni z trenem i w welonie?

- A gdzie tam! Byłam w złotej sukni, w czarnym welonie i z czarnymi skrzydłami. W tej przepięknej sukni ruszam teraz w trasę.

- Brałas śluby cywilne czy kościelne?

- Wyłącznie cywilne, bo jestesmy świadomymi ateistami. Szanuję wiarę innych ludzi, ale wymagam szacunku do mojego ateizmu. Dzieci tez nie chrzczę. Nie chodzimy do kościoła. Nie mam nic wspólnego z religią.

- Nie boisz się, że Kościół ciebie dopadnie? I odpowiesz za swoje w katolickim kraju?

- Oni już starają się mnie dopaść. Tym bardziej że nasz zespół znalazł się na liście tych, którzy szerzą satanizm.

- Co takiego?!

- Trudno, żeby taki zespół jak nasz tam nie był. Dla mnie debilizmem jest utożsamianie ateistów z satanistami.

- Ale ty nie jesteś satanistką?

- Pewnie, że nie jestem satanistką. Świadomą ateistką stałam się w wieku lat czternastu. Wtedy też przestałam chodzić na religię.

- Twój drugi mąż chyba nie jest pantoflarzem?

- Ni cholery! Nie ten typ faceta.

- Słyszałem, że oboje z Mariuszem macie takie same fobie i lęki egzystencjalne?

- Mamy bardzo podobne paranoje. Często wkręcamy sobie nawzajem śrubę, co jest dla nas zgubne. To Mariusz wywołał we mnie depresję poporodową. Przez dwa dni rycząłam non stop, aż poprosiłam o psychiatrę. Koszmar. Tak szalały we mnie hormony.

- Stany depresyjne miałaś już wcześniej?

- Mam przewlekłą depresję, ale na szczęście dosyć łagodną jej postać. Zdiagnozował już u mnie dr Skalski.

- Dosyć późno urodziłaś drugie dziecko, może stąd taki stan po porodzie?

- Nasz syn był zaplanowany i bardzo oczekiwany, tak jak pierwszy. Mariusz nie widział naszego związku bez dziecka. Ciążę znosiłam bardzo źle, przede wszystkim psychicznie. Lubię mieć dzieci, ale nie lubię być w ciąży.

- Gdy zaszłaś w ciążę, odstawiłaś alkohol, używki itp.?

- Odstawiłam, zanim zaszłam w ciążę. Zlikwidowałam spiralę i zaczęłam się zdrowo odżywiać.

- Teraz do nich wróciłaś?

- Nie, z wiekiem spoważniałam, zmądrzałam. Odwróciłam się od używek.

- Czy przez 20 lat śpiewania mocnego, chrapliwego rocka, nie nadszarpnęłaś sobie strun głosowych?

- Nie. Mam je w znakomitej formie. Foniatra, zaglądając w moje gardło, nazwała struny głosowe linami okrętowymi i stwierdziła, że czegoś takiego nigdy nie widziała u kobiety.

- Ile koncertów jesteś w stanie zagrać w miesiącu?

- Mogę śpiewać codziennie. Teraz mam 23 koncerty.

- Na rynku ukazała się twoja nowa płyta. Jaką wagę przywiązujesz do tego krążka?

- Wielką! Poprzednia, studyjna płyta ukazała się sześć lat temu. Ta obecna jest powrotem, chociaż tak naprawdę nigdzie nie odeszłam. To pierwsza płyta z Mariuszem Kumalą.

- Wasze 20-lecie przypadało na 2008 rok. Dlaczego nie wydałaś CD w roku jubileuszowym?

- Nie wyrobiliśmy się.

- O czym mówią teksty z nowego krążka?

- Opisują rozmaitego rodzaju stany emocjonalne u ludzi. Gdy śpiewam "Matkę", zawsze płyną po mojej twarzy łzy, widzę, że ludzie przy barierkach tez płaczą. Jest sporo tekstów o zawiedzionej miłości, o złamanym życiu. Są tez dwa teksty o dzieciach.

- Co oznacza tytuł płyty, "Aurum"?

- Po łacinie oznacza złoto, bo wszystkie nasze płyty mają w tytułach kolory. Jeden z utworów tez ma taki tytuł, do tego jedna z moich sukienek też ma kolor złoty.

- Poprzednia płyta "Nero" jest dosyć trudna w odbiorze. "Aurum" znacznie mniej, brzmi wręcz łagodnie jak na twoje mozliwości i wnętrze.

- "Nero" była ciężka, mroczna i diabelska. "Aurum" jest zwiewna i psychodeliczna, i z pewnością łatwiejsza w odbiorze, bo delikatniejsza.

- Na tamtej eksperymentowałas z głosem, a na tej?

- Też. Jest tutaj wyjątkowo dużo wysoko zaspiewanych partii wokalnych, takich perełek. Podobało mi się to od początku i pociągnęłam w tym kierunku dalej.

- Podoba ci się muzyka Behemotha?

- To nie jest moja muzyka. To nie jest płyta dla dziewczynek. Tak zresztą odpowiedziałam Nergalowi, gdy zapytał mnie o zdanie.

- A czy sama odważyłabyś się na podobny rodzaj śpiewania, w którym słychać wyłącznie diaboliczny krzyk, a może nawet wrzask, i nie można z tego wyłonić ani jednego słowa?

- Podobne elementy słychać na mojej płycie "Nero". Potrafię tak śpiewać, ale siebie w takiej muzyce (black metal) nie widzę.

- Behemoth odniósł z tym charkotem i łomotem sukces w Ameryce, Closterkeller nie.

- Myślę, że to sprawa organizacji i managementu, co jest poza mną.

- Za to udało ci się zmieść z kanapy i sponiewierać amerykańskiego w sposobie prowadzenia swojego talk-show Kubę Wojewódzkiego.

- Miała ze sobą torebkę w kształcie trumny, która wzbudziła wielka sensację, co było dla mnie dużym zaskoczeniem, bo nie wiem dlaczego! Torebkę wzięłam, bo miałam przy sobie dużo pieniędzy. Wolałam się z nią nie rozstawać.

- Podobno sporo wycięto z waszych rozmów o muzyce, uczuciach i poezji, a zostawiono teksty płytkie i głupawe?

- Widocznie takie są potrzeby tego show.

- Z wykształcenia jesteś magistrem zootechniki. Czy kiedykolwiek pracowałaś w wyuczonym zawodzie?

- Niestety, ale miałam praktyki i pracowałam jako zootechnik, a także jako pracownik fizyczny. Przez pół roku w chlewni, w oborze, przy koniach, przy kurach. Praktyki te pokazały nam, na czym polega podstawowa praca przy zwierzętach.

- Nie wspomniałaś, że byłaś ujeżdżaczką koni wyścigowych na porannych treningach. A propos kiedy ostatni raz siedziałaś na koniu?

- Podczas sesji zdjęciowej do ostatniej płyty. Na jednym ze zdjęć siedzę na koniu. Jeździłam konno trzy lata temu.

- To twoja jedyna pasja poza muzyką?

- Nie, mam jeszcze inną gigantyczną pasję. Są nią... komputery. Jestem totalnym komputeromaniakiem. Wielu znajomym serwisuję komputery. A dawno temu porzuciłam na pewien czas muzykę i zaczęam pracować w pewnej firmie jako serwisant komputerowy. Dopiero koledzy z zespołu wyciągnęli mnie stamtąd za uszy i powiedzieli, żebym sobie przestała robić jaja i zabrała się za nagrywanie płyty. Kocham komputery, cały wolny czas im poświęcam

Rozmawiał: Bohdan Gadomski

Wstecz