wywiad - "Ma być tak jak ja mówię!" [Twój Styl 1997]
Byłaś pierwsza wokalistka rockową przed Bartosiewicz, Notowską itd. Czy dziś obserwując kariery swoich konkurentek, nie żałujesz tamtej szansy? - Niczego nie żałuję. W każdej chwili mogę to zmienić. Ale odrzucam propozycje solowej kariery, bo Closterkeller to moi przyjaciele. Z nimi robię taką muzykę, jaką kocham. Nigdy nie będę uroczą, miłą, bezpretensjonalną, słodką dziewczyną. Większość naszych piosenkarek to takie dziewczątka na medal z kartofla za mistrzostwo w udawaniu. Ja jestem i pozostanę sobą. Początkowo nikomu to nie przeszkadzało, ale w pewnym momencie popadłaś w niełaskę dziennikarzy i producentów. Dlaczego tak się stało? - Gdy zaczynałam, nie istniał w Polsce show-biznes. To on dostrzegł w wokalistkach żyłę złota i wylansował całą serię dziewczyn. Wcześniej nikt się nami nie interesował. Ja funkcjonowałam jako ciekawostka, maskotka. Ale przecież nie można traktować poważnie panienki, która dziwacznie śpiewa, wygląda jak czarownica, a w dodatku wygłasza ze sceny jakieś manifesty natury ogólnej. A ja byłam wtedy pyskata, nie z tej planety. W efekcie Closterkeller został przeznaczony do odstrzału. Radiowcy nie puszczali nas, za to ciągle obgadywali: ?Co to za muzyka? Ona nie śpiewa, tylko zawodzi!? I tak skończyła się nasza popularność w mediach. Wiele wokalistek prywatnie zwierzyło mi się, że gdy zaczynały, byłam dla nich wzorem. Ale żadna z nich nie powiedziała tego publicznie. Mimo to lubię koleżanki i akceptuję je z ich wadami. Moją faworytką jest Agnieszka Chylińska z O.N.A. Wie, czego chce, jest w niej autentyczna dzikość rockowa. Polska Janis Joplin! Czy polski show-biznes jest aż tak niebezpieczny? - Tak, w całej branży śmierdzi. Ja prędko zaczęłam kumać cza-czę. W 1990 roku w Jarocinie wystawiono Closterkeller po kapeli punkowej z Japonii i puszczono plotkę, że kupiliśmy sobie zeszłoroczne zwycięstwo. Tłum skandował: ?Stalin! Stalin!? a nas pędzono jak bydło na rzeź. Na scenę posypały się belki i kamienie. Wtedy przekonałam się, że dla ludzi z show-biznesu artyści są tylko maszynami do robienia szmalu. A nie chcesz posłuchać producentów, krytyków tworzyć lżejszą muzykę? - W dorobku Closterkeller jest mnóstwo melodyjnych popowych utworów! Zawsze dbaliśmy o urozmaicenie repertuaru. Jeśli w dniu nagrań jesteśmy przyjaźnie nastawieni do świata, powstaje fajna piosenka, przy stanach depresyjnych wychodzą doły. Ale jestem żywiołową optymistką. Nie zgadzam się z twierdzeniem, że te piosenki są smutne. One po prostu wyrażają moje poczucie piękna. A piękno jest raczej melancholijne niż wesołe, raczej bolesne niż śmieszne. Czy Twoje czarne stroje i demoniczny makijaż też są wyrazem piękna? - Zawsze taka byłam. Na studiach w SGGW wzbudziłam sensację czarnymi paznokciami, skórzaną kurtką i spodniami w panterkę. Słuchałam punk rocka, miałam wyćwiekowany pas i byłam bardzo groźna. Dziś się z siebie śmieję, ale tak dobrotliwie. Cieszę się, że byłam taka, że nie pochłonęły mnie dyskoteki. Ideologia punkowa weszła do mojej muzyki i pozostała częścią mnie. Często wypowiadasz się na temat narkotyków, korespondujesz korespondujesz uzależnionymi. Dlaczego to robisz? - Przychodzi do mnie mnóstwo listów. W miarę możliwości odpisuję. Zabieram też głos w dyskusji nad legalizacją narkotyków, bo jestem tej ustawie zdecydowanie przeciwna. Przecież i tak ludzie używają ich bez specjalnych ograniczeń, więc po co jeszcze ułatwiać do nich dostęp? Żeby więcej ludzi się narkotyzowało? Ja przyznaję otwarcie, że byłam swojego czasu haszyszomanką i poznałam zgubne skutki narkotyku na własnej skórze. Było super, czułam euforię, ale później doły, depresje, otępienia stawały się nieznośne. W pewnym momencie ogarnęła mnie psychoza, zachowywałam się jak wariatka i trafiłam do szpitala psychiatrycznego. Mimo że nie pale parę lat, wciąż mam kłopoty z koncentracją, z pamięcią. Jestem rozchwiana psychicznie i emocjonalnie. Mam regularne powroty stanów depresyjnych. Sądzę więc, że używki są dla ludzi, ale trzeba bardzo uważać. Nie ułatwiać dostępu, nie lekceważyć lekkich narkotyków. Mówię to jako osoba znająca z autopsji, żadna pani doktor z Instytutu Narkomanii Młodzieżowej. Podobno należysz do osób, które wszystko wiedzą i potrafią najlepiej. Czy w zespole wprowadziłaś rządy silnej ręki? - Nie, choć mogłabym. Jestem obecnie jedyną osobą z pierwszego składu, a także producentką artystyczną, śpiewam, pisze teksty i część muzyki. Ale nie mam instynktów przywódczych. Staram się być obiektywna, rozsądna, nie poddaje się modom. Wolę być szarą eminencją niż wodzem. Tylko czasem na próbie, gdy wokół plotą bzdury, potrafię wstać, walnąć w stół i zawołać: ?Cisza, ma być tak, jak ja mówię!? To zwykle wywołuje kłótnię, bo moi koledzy z zespołu też nie są pluszowymi króliczkami. Ale jesteśmy dojrzałymi ludźmi i dzikie awantury należą do rzadkości. Zdaję sobie sprawę, że pozostawienie muzykom swobody jest warunkiem tworzenia. A kto rządzi w Twoim domu? - Jako choleryczka jestem osoba trudną we współżyciu. Moje małżeństwo nie jest sielanką, znajomi współczują Krzyśkowi (Krzysztof Najman, basista w Closterkeller), że ma taką piekielnicę w domu. On sam często mawia, że chyba wyszedł za mąż, a nie ożenił się. Bo ja wolę wbić gwóźdź czy wywiercić dziurę, niż ugotować obiad. Świadomie założyłaś rodzinę czy zdecydował przypadek? - Po prostu zakochałam się w Krzyśku i postanowiłam wyjść za niego za mąż. A nasz syn Adaś jest dzieckiem rozumu, zaplanowanym z kalendarzykiem w ręku. Ale było w tym dużo rock and rolla. Zaaranżowaliśmy wszystko tak, żeby dziecko urodziło się w maju i w sierpniu mogło pojechać z nami do Jarocina. Czy wychowujesz syna w duchu wolności i rock nad rolla? - Wychowuję go w duchu miłości do ludzi. Chcę, by był człowiekiem otwartym, światłym umyśle, uczciwym i dobrym. Już teraz, kiedy strzela pistoletem z banana, tłumaczę mu: ?Adasiu, to jest okropne, tylko źli ludzie strzelają?. Pilnie go obserwuję i staram się zdusić w zarodku wszelkie złe cechy. Jak na razie nie zauważyłam u niego agresji, nie wyrywa muchom skrzydełek, nie bije kolegów. Interesuje go muzyka, co mnie ogromnie cieszy. Czy masz czas na jakieś zainteresowania pozamuzyczne? - Nieliczne wolne chwile spędzam przy komputerze. To się zaczęło od gry telewizyjnej, którą otrzymałam kiedyś zamiast honorarium za koncert. Wciągnęło mnie, więc postanowiłam kupić komputer, a z czasem odkryłam jego możliwości graficzne i muzyczne. Na ostatniej płycie wprowadziliśmy kilka sekwencji opracowanych przeze mnie na komputerze. Napisałam też informacyjny program o zespole, umieszczony na kompakcie. Pozostałe wolne chwile dzielę między lekturę a sen. Czytanie sprawia mi większą frajdę niż oglądanie filmów. Bo to ja jestem reżyserką, kształtuje postacie, scenerie, kolory. Podobnie jest we śnie. Czasem gdy czegoś pragnę myślę o tym intensywnie przed zaśnięciem. I w nocy przychodzi do mnie, powiedzmy, poznany wcześniej chłopak, a ja się z nim całuję. Pamiętam jeden wstrząsający sen o miłości, która uniosła mnie pod same niebiosa. Rano napisałam tekst piosenki Śniło. Czy miłosne uniesienia zdarza Ci się przeżywać tylko we śnie? - Ależ nie. Mogę uznać się za szczęśliwą, ponieważ przeżyłam kilka wielkich miłości. Niektórzy mówią, że naprawdę kocha się tylko raz. To nieprawda. Mnie pozostało wiele pięknych wspomnień, chociaż nie wszystkie były najszczęśliwsze. Ale niczego nie żałuję. Za to dziś jesteś stateczną matką i wierną żoną? - Niezupełnie. Dawniej naprawdę ostro szalałam. Mam naturę mocno poligamiczną. Zresztą wierność nie jest cechą pierwszoplanową w żadnym znanym mi związku. Może żyję w specyficznym środowisku. Miewam momenty zwątpienia. Choć coraz częściej potrafię się wyrzec jakiegoś przystojnego młodzieńca, gdy pomyślę, ile ja już przeżyłam. No i nie chce mi się już szaleć jak kiedyś. A Twój pseudonim? Czy jesteś ortodoksyjną wyznawczynią jakiejś religii? - Nie! Jestem ateistką do szpiku kości. Pseudonim wymyślił mój kolega. Wysłaliśmy zgłoszenie na konkurs i trzeba było podać skład grupy. ?Anja? wzięła się od mojej ulubionej wokalistki Anji Hume z X-Mal Deutschland. A ?Orthodox? bo byłam wówczas ortodoksyjną wyznawczynią Nowej Fali. To był żart. Nawet mi się podobało, że mam takie mocne, punkowe pseudo (z domu Anna Sabiniewicz). Dziś mnie to osłabia, ale co mam zrobić. Może solową płytę podpiszę inaczej? Z Anją Orthodox rozmawiał Bartek Świderski |
