"Czas na nowy Closterkeller" [Polska Times 02.10.2009]"Aurum" to dojrzała płyta doświadczonych, świadomych siebie muzyków - mówią w specjalnym wywiadzie dla Polskatimes.pl Anja Orhodox i Mariusz Komala z Closterkeller, jednej z najbarwniejszych polskich grup rocka gotyckiego. Strasznie długa ta wasza nowa płyta... Chcieliście w ten sposób zrekompensować fanom sześć lat postu? Anja: E tam... Wszystkie płyty Closterkellera są długie. Czepiacze zawsze mieli świetny powód do ględzenia (śmiech). Dlatego trudno o tym mówić w kategoriach rekompensaty za post. Tak nam po prostu wyszło. Wolelibyśmy pewnie, żeby było krócej, ale nie dało się. I tak odsialiśmy sporo rzeczy, zostały tylko pozycje obowiązkowe. Dlaczego tak długo kazaliście czekać na nową płytę? A: Przyczyny były rozmaite, długo by o tym mówić... Z początku płyta miała się ukazać jeszcze w 2007 r. Byłam wtedy w ciąży i myślałam, że zdążymy z nią przed urodzeniem Kubusia, ale nie udało się. Nie czułam się na siłach. Poza tym w międzyczasie zmienił się skład. Wrócił do nas Krzysiek Najman, odszedł z kolei Freddie. Na jego miejsce przyszedł Mariusz, który jest na tyle innym gitarzystą, że musieliśmy dłuższy czas ze sobą pograć, by się dotrzeć. Uznałam, że zamiast od razu rzucać się na wydanie płyty, lepiej będzie trochę poczekać. Dzięki temu będziemy bardziej zgrani, będziemy się lepiej rozumieć i w konsekwencji nagramy lepszą płytą. Kiedy słucham jej dzisiaj wydaje mi się, że miałam rację. Co wnieśli do twórczości Closterkellera nowi muzycy? A: Mariusz wniósł przede wszystkim zwiewność i finezyjne konstrukcje gitarowe. Jest w naszym zespole powiewem psychodelii, malarzem dźwięków. Z kolei Krzysiek przyniósł z powrotem to, co zabrał pod koniec lat 90, czyli rockowy pazur i zadziorność. A perkusista? Cóż, perkusista gra na perkusji (śmiech). Widzę, że jesteś z niej bardzo zadowolona... A: "Aurum" to dojrzała płyta doświadczonych, świadomych siebie muzyków. Choć przyznam, że jej produkcja strasznie zryła nam czaszki. Zostawiliśmy w niej mnóstwo emocji i energii. Walczyliśmy z całym światem, żeby było tak jak chcemy. No i jest, chociaż przypłaciliśmy to psychicznym dołem ze zmęczenia. Zgodnie z zespołową tradycją, nowa płyta znów ma "kolorowy" tytuł. Dlaczego tym razem zdecydowaliście się na złoto? A: Z początku ta płyta miała się nazywać zupełnie inaczej, ale nie zdradzę ci jak, bo chcemy to w przyszłości wykorzystać. Był już nawet wstępny projekt okładki. Ale siedzieliśmy sobie któregoś dnia z Mariuszem i Adamem w naszej ulubionej chińskiej restauracji i rozmawialiśmy o chemii, której mój syn uczy się w szkole. W pewnym momencie padło pytanie o symbol chemiczny złota. Spojrzałam do encyklopedii, którą mam w telefonie i widzę "Au" czyli "Aurum". I już wiedziałam, że taki będzie tytuł płyty. Czy to był twój pomysł, żeby na okładce i we wkładce umieścić QR kody? "Aurum" to w pewnym sensie płyta powrotów - nie tylko w składzie znów pojawił się Krzysiek Najman, ale też po 10 latach wróciliście pod skrzydła Universalu... A: My w tej firmie byliśmy właściwie od początku. Closterkellera odkrył przecież Igor Czerniawski, który polecił zespół Andrzejowi Puczyńskiemu. I od tamtej pory cały czas byliśmy przy Andrzeju, najpierw pod szyldem Izabelin, potem PolyGram, a wreszcie Universal. Ale potem nadeszły niezbyt fajne czasy dla rocka i stwierdziliśmy, że nasza współpraca się wypaliła i odżeglowujemy do Metal Mindu, który jednocześnie wykupił na 10 lat od Universalu prawa do naszych wcześniejszych nagrań. Na początku tego roku licencja wygasła, nasze płyty powróciły do Universalu, a wraz z nimi przywiało nas. Czy myślisz, że w dzisiejszych realiach taka muzyka ma szanse się sprzedać? Rzeczywiście, płyta jest wyjątkowo różnorodna... A: Płyty Closterkeller zawsze były mocno eklektyczne. Właściwie jedynym spójnym albumem był "Nero". Bo my zwykle tworzymy pod wpływem impulsu. Jednego dnia mamy lżejszy klimat, a zaraz potem coś się nam przestawi w czaszkach i tworzymy coś mrocznego i ciężkiego. I ta płyta jest zapisem tych zmieniających się stanów. Ale ta różnorodność wynika także z faktu, że w zespole aż cztery osoby komponują. To najbardziej poruszający utwór na płycie. Co cię zainspirowało do jego napisania? A: Wiesz, sama jestem matką. Kiedyś zobaczyłam w telewizji jakąś kolejną krótką wzmiankę o tym, że młodzi ludzie znów zginęli gdzieś w Iraku czy Afganistanie. I wtedy zaczęła mi chodzić po głowie legenda o Niobe, której wagę i potworność zrozumieją tylko ci, co mają dzieci. To jeden z niewielu utworów Closterkellera, które wciąż powodują u mnie ogromną burzę emocji. Zdarzało się, że na koncertach leciały mi łzy. "Aurum" zaskakuje nie tylko bogactwem klimatów, ale też niespotykanym dotąd zróżnicowaniem partii wokalnych. Skąd u ciebie ten pociąg do eksperymentów? A: Dużą część wokali układałam, gdy byłam w ciąży. Latem 2007 r., na krótko przed urodzeniem Kubusia, byliśmy u kolegi Mariusza w Mesznej koło Bielska-Białej. Mieliśmy tam zrobione małe, zaimprowizowane studio. I wyglądało to tak, że zwykle oni sobie na dole balowali, a ty gruba bierz i śpiewaj (śmiech). I ja w tym cholernym upale, z wielkim brzuchem, byłam bez litości goniona, żeby układać te wokale. Chyba stąd właśnie wzięły się te chorały, które słychać na płycie. Tak mi się już mózg zlasował, że zaczęłam dośpiewywać takie dziwne rzeczy. Nasz realizator w studiu bezlitośnie nazywał te partie "rubikami" (śmiech). Ale jak dzisiaj tego słucham, to uważam, że wyszło bardzo fajnie. W naszym rockowym światku znana jesteś jako osoba, która znakomicie potrafi połączyć muzykę z macierzyństwem. Jak ci się to udaje? A: Da się to pogodzić, chociaż chwilami jest naprawdę ciężko. Małe dziecko odbiera matce mnóstwo energii i emocji. Mało miejsca zostaje potem dla innych rzeczy. Nie wiem co gorsze - śpiewanie z wielkim kamieniem w brzuchu czy późniejsze zamieszanie związane z dzieckiem. Ale nie miałaś obaw, żeby w 2007 r. zabrać małego Kubusia na trasę... A: On miał wtedy dwa miesiące, więc był tylko tobołkiem, który jadł i spał. Znacznie gorzej jest teraz, kiedy ma dwa lata. Gdy parę tygodni temu pojechał z nami na koncert to zniszczył psychicznie nie tylko nas, ale też cały zespół i wszystkich dookoła. Pomimo, że to bardzo grzeczne dzieciątko. Ale jakoś dajemy radę, w dużej mierze dzięki pomocy innych osób - mojej mamy, rodziców Mariusza i mojego drugiego syna Adama, który teraz ma 16 lat. Nie ciągnie was czasem do bardziej uporządkowanej egzystencji? A: Nie! Mariusza to ciągnie wręcz przeciwnie. Mnie co prawda włącza się czasami babstwo, ale dobrze nam tak jak jest. Bardzo sobie pomagamy nawzajem. Najgorsza sprawa to kto wstanie rano do Kubusia. Na twoje koncerty przychodzą ludzie, którzy mogliby być twoimi dziećmi. Nie czujesz z tego powodu jakiejś presji, szczególnej odpowiedzialności? A: Najbardziej mnie wkurza jak te dzieci, które mogłyby być moimi dziećmi, próbują stać się żonami mojego męża (śmiech). Nie mam zapędów, żeby matkować młodym ludziom. Bardziej się czuję ich koleżanką. Pomimo poważnego wieku mam chyba jednak w sobie jeszcze sporo rock and rolla. Zdradź na koniec, jak to jest grać w zespole z dwoma mężami - byłym i obecnym. A: Z Krzyśkiem rozstaliśmy się 10 lat temu, cała sprawa dawno została zawieszona na kołku w magazynie i nie wracamy do niej. Dzisiaj mamy fajny, koleżeński układ. Siłą rzeczy znamy się bardzo dobrze, więc całkiem nieźle się dogadujemy. Jestem dla niego pełna uznania jako dla artysty i dlatego bardzo mi zależało, żeby wrócił do Closterkellera. Poprosiłam go o to i się zgodził, z czego bardzo się cieszę. A jak sami mężowie się dogadują? M: Krzysiek jest moim bardzo dobrym przyjacielem i bratnią duszą w zespole. Podobnie jak Anja bardzo go szanuję jako muzyka i myślę, że na tej płaszczyźnie również znakomicie się dogadujemy. Nigdy nie mieliśmy żadnych zgrzytów personalnych, dotyczących tak przeszłości, jak teraźniejszości. Może dlatego, że mamy bardzo podobny temperament, ale może to po prostu efekt dojrzałości. Rozmawiał: Marek Świrkowicz |
