wywiad - Piękny numer [Tylko Rock 2/1995]

Tylko Rock 2/1995 felieton z serii "TYLKO TYDZIEŃ"

PONIEDZIAŁEK

Koncert to co innego, ale granie po raz tysięczny utworu W moim kraju na próbie może dostarczyć absolutnie wstrząsających wrażeń. Z rozpaczy nauczyłam się jednocześnie śpiewać i czytać książkę. Ściągnęłam tym na siebie bezinteresowną zawiść panów artystów, którzy to mając zajęte ręce nie mogą pójść w moje ślady i tylko złowrogo łypiąc, czekają aż się pomylę. Niemniej nie ma rady, trzeba uczyć nowego. Szczęście, że to tylko klawiszowiec, a nie np. perkusista (oj, wiem coś o tym...). Piotrkowi zapowiedziałam w związku z tym, że jak odejdzie z kapeli, to ja go osobiście, tymi rączkami... Pozostałych też to dotyczy. Wieczorem przegrałam pół miliona dolarów. W jednorękiego bandytę. I w konie. Na komputerze oczywiście. Zapuściłam ostatnią płytę Killing Joke i szalałam. Tak w ogóle, to z łezką w oku wspominam czasy, gdy byłam młodą (i zgrabną) jeźdźczynią na wyścigach konnych, na Służewcu. Przez parę ładnych lat wstawałam o piątej rano (!!!!!) i tam pędziłam.

WTOREK

Przy tym Killing Joke chyba będę pisała teksty, taki lot łapię. Na razie jednak podjęłam tysięczną już próbę odpisania na listy. Leży ich wielka góra, a w co drugim błaganie o "choć parę słow". Tak kocham je dostawać, ale radość psuje moralniak, gdy patrzę na nie i uświadamiam sobie własną bezradność. Chyba napiszę tekst dedykowany tym, którym nie odpisałam... Moje rozterki przerwał dziwny telefon. Znany pisarz - Roman Samsel - chce poświęcić mi rozdział w swej nowej książce. Trafił na trop dziwnej, mrocznej (i prawdziwej) historii, gdzie kryminał miesza się z magią i okultyzmem, a moje teksty okazały się być duchowym pokarmem głównych jej bohaterek. Tak barwnie mi o tym opowiedział, że muszę faktycznie się z nimi zobaczyć, nie chcę być nawet pośrednią przyczyną niczyjej śmierci... Ciężko otrząsnąć się z tego wrażenia, to zostało na mnie, okleiło jakby czarny, puchowy miód. Na próbie Darek zagrał takie klimaty na klawiszach, że dziękuję... Wygląda, że będę miała sojusznika w tonacjach moll. Do 4 gram w Mysta. Ta gra jest tak piękna i ma taki klimat, że normalnie zapominam, gdzie tak naprawdę jestem. Ta gra to jestem cała ja...

ŚRODA

Sytuacja jest dramatyczna, Pufol nie chce siusiać do nocnika. Jak jest u Żanet, to ponoć sam siada i to jeszcze w pląsach... Tłumaczę mu, że dorośli mężczyźni nie robią już w pieluchy, tylko jak jeden mąż do nocnika, ale on tylko wyrywa się i rzuca we mnie klockami. Jest sporo do załatwienia, więc wychodzę na ulicę, niby nic, ale dla mnie rzecz wielka. Nie wiem jak to się dzieje, ale "na miasto" wychodzę tak gdzieś raz w miesiącu, resztę czasu żyjąc w takim jakimś swoim świecie, wstając o 12, kładąc się o 3, tylko dom, próby, koncerty, czasem radio, TV. I tyle. Tak więc idę po tej ulicy i widzę faceta pięknego jak z baśni. Ale wkurzający, bo gapi się na mnie jak cielę i przez to ja nie mogę jego bezkarnie oblukać (ale czad, jak to słowo wygląda napisane!). W końcu mijam ich (był z kolegą) i nagle słyszę: "Ty, to ta z Varius Manx!". Dziękuję mój książę... Nocą, grając w Mysta myślę sobie, że jakby trafił ze mną tam, na tę wyspę, to bym mu pokazała, skąd jestem...

CZWARTEK

Podobno mam nieuzasadnioną potrzebę budowania mrocznego nastroju w tekstach... Trzymam "Wyborczą" w łapie i poprzez krwawą mgłę zasłaniającą mi oczy, po raz chyba już setny czytam to zdanie. A to, że JA tak chcę i jest całkiem sporo osób, które tego ode mnie oczekują, to nie jest k... uzasadnienie?! Tyle mojego, co sobie pobluzgam w powietrze... W ogóle recenzja zajebista, dał pół gwiazdki od maxa jakby nie było! Czyli na muzyce się zna... Ale od moich tekstów won!!! Wszyscy won!!! To się nazywa wleźć mi na odcisk... Sama nie wiem, zabić faceta czy nie? Kapela jest przeciwna egzekucji, wyraźnie go pokochali. W ogóle, to mam już dość tej całej premiery, słuchania potwornej liczby ocen naszej nowej płyty, z których każda właściwie jest inna i, co najgorsze, każda słuszna. Pod warunkiem oczywiście, że w miarę bezstronna, bo z czubami to już inna melodia. Dzisiaj gram tępo w karty, w "Hearts".

PIĄTEK

Pewnie, że go nie zabiję, bo mam już nowego kandydata. I to murowanego. Dziennikarz skłócony ostro z Izabelinem dowalił im, rąbiąc na maxa naszą płytę. O takich sytuacjach nie raz słyszałam, ale jakoś nigdy nie pomyślałam, że mogłoby i na mnie trafić. Zanim znienawidził firmę, zdążył napisać recenzję "Violeta", gdzie tytułował mnie "młodą poetką" i pławił się w zachwytach, a teraz nagle okazuje się, że jestem grafomanką i jedną wielką kupą, zespół też, płytą rzygał, nawet biednemu realizatorowi się dostało. W ogóle ta recenzja wygląda jak sen szaleńca. To co jest jednak w całej tej sytuacji śmieszne, to że jedyne, co, powiedzmy, pochwalił to... tajemniczy nastrój w tekstach. Dom wariatów! Tra, la, la! Żadnym pocieszeniem dla mnie są pocieszenia napływające zewsząd, żeby się nie przejmować, bo przecież i tak wszyscy w branży wiedzą, że facet jest "ten tego" i nikt go poważnie nie bierze. Przecież tę popularną gazetę czytają normalni ludzie, nie branża.
Wieczorem balanga u Pawłosia. Sąsiedzi, zamiast walić w rury, powinni docenić fakt, że oto mają możliwość słuchania Sweet Noisa i Kobonga na długo przed oficjalną premierą. Wędząc się w smrodzie papierosowym z rozrzewieniem myślę o świeżopowietrzowym kąciku przy lubym ekranie 14-cali. Dym powoduje, że staję się agresywna. Koniec końców wszyscy smętnie jarają w kuchni, a ja sama siedzę w salonie i wcale mi ich nie żal. Niepostrzeżenie wzrasta ilość promili. Rano subtelnym kopem budzę Krzysia, przeskakujemy zwłoki Pawła i jedziemy do domu dosypiać. Uda się, bo Pufon jest przezornie oddany aż do wieczora.

SOBOTA

Jakiś niewychowany typ obudził mnie telefonem o 14:30 i do tego się jeszcze nie odezwał. Wróciłam spać. Jedząc śniadanie obejrzałam Teleexpress. Próba. Dziś dźwięki perkusji brzmią szczególnie dotkliwie, zresztą nie ja jedna mam to miłe odczucie. Ale trzeba grać, trasa już niedługo, a Darek jeszcze w lesie, w dodatku dzisiaj wraca do Częstochowy. Ręka na myszy nerwowo drży, gdy wieczorem pohamowując najniższe instynkty mijam katalog Games i wchodzę ambitnie do Corela. Zawzięłam się, że opanuję ten program i kiedyś w końcu sama zrobię okładkę i może nawet animacje do teledysku, a co! Wyłączam komputer już W NIEDZIELĘ o 3:30, gdy siwy dym zaczyna buchać mi z uszu. Ale kładę się spać o ileż mądrzejsza!
Co też z niego wyrośnie? Adaś swym urokiem osobistym podbił serca swych opiekunek, że od piątku za nic nie chcą nam go oddać. Ale te dwa dni bez jego uroczej obecności jednak bardzo się przydały. Ale o 13 rano pobudka, szable w dłoń i kolejna próba odzyskania dziecka uwieńczona została sukcesem, a popołudnie spędzone z Pufonem i Krzysiem na basenie dla dzieci było przecudowne. Za to dzień zwieńczyło wydarzenie, które doprawdy nie wiem jak skomentować. Może nalało mi się wody do głowy i coś tam mi się poprzestawiało, ale wykonałam dziś manewr stulecia. Otóż oglądając w TV tradycyjne kłótnie polityków z panem Prezydentem, nagle (gdy mówił Aleksander Kwaśniewski) zaczęłam śpiewać i ułożyłam tak piękny numer, że koniec świata. Naprawdę totalny. Czyżbym odkrywała nowe źródło natchnienia? Może powinnam co jakiś czas zaglądać do Sejmu?
Wieczorem zadzwonił redaktor Królikowski i kazał streścić swój tydzień. Rany boskie, co ja mam napisać?

Anja Orthodox

Wstecz