Wisienka na torcie [Express Legnicki 11.02.2009]

Express Legnicki 02/2009
Liderka i wokalistka zespołu Closterkeller opowiada o pasji, dla której niemal porzuciła muzykę, o współpracy z Edytą Bartosiewicz oraz najnowszym albumie Closterkeller.

- Czy dzisiejszy koncert jest pierwszym, który gracie w Legnicy?

- Jakieś 15 lat temu już tu graliśmy. Sama nie wiem czemu takie fajne miasto odwiedzamy tak rzadko. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że mamy silne powiązania z Legnicą, o głębokim podtekście miłosnym. Krzysiek, ukochany naszej menedżerki (Aleksandry Wojciechowskiej – przyp. red) mieszka bowiem właśnie tutaj.

- Istnieje więc szansa, że na kolejny koncert Closterkeller legniccy fani nie będą musieli czekać kolejnych 15 lat?

- Oczywiście. Ola na pewno chciałaby, żebyśmy grali w Legnicy co miesiąc. My również zamierzamy szybko tutaj wrócić.

- Mimo iż gracie muzykę niszową, istniejecie nieprzerwanie od ponad 20 lat. Jaka jest tajemnica Waszego sukcesu?

- Nie ma żadnej tajemnicy. Mamy po prostu zmysł do tworzenia muzyki. Jestem szefem zespołu od 20 lat i myślę, że dobrze wychodzi mi odpowiednie kompletowanie muzyków. To wbrew pozorom duża sztuka dobrać ich w ten sposób, żeby wzajemnie podbijali swoją wenę twórczą. Właśnie tak staram się kompletować skład Closterkeller i udaje mi się to, owocuje tworzeniem muzyki, która przemawia do ludzi.

- Jesteś twarzą zespołu, jego liderem. Jak radzisz sobie z trzymaniem w ryzach czterech facetów, którzy poza Tobą wchodzą w skład Closterkeller?

- Radzę sobie (śmiech). Od ładnych kilku lat utarło się, że jestem szefem zespołu i nie ma z tym większych problemów. Na początku było zdecydowanie najgorzej.

- Przez okres przeszło 20 lat działalności w zespole grało 20 muzyków. Co jest powodem tak dużej rotacji w szeregach kapeli?

- Ta rotacja wcale nie jest, wbrew pozorom duża. Michał Rollinger gra z nami od 18 lat, Janusz Jastrzębowski 4 lata, Mariusz Kumala jest z nami 3 lata, a Krzysiek Najman gra w Closterkeller z krótką przerwą od 1992 roku.

- Jak układa się Twoja współpraca z basistą zespołu, Krzysztofem Najmanem? Czy fakt, że byliście małżeństwem nie przeszkadza Wam we wspólnym tworzeniu muzyki?

- Krzysiek nie grał z nami przez parę ładnych lat. Po rozwodzie rozstaliśmy się, ale potem po prostu nam przeszło. To znakomity muzyk i jestem dumna z tego, że mam go w zespole z powrotem. On chyba też, przez wszystkie te lata rozłąki nie odciął się od Closterkellera emocjonalnie, co bardzo mnie cieszy.

- Wracając do rotacji w składzie...

- Która wcale nie jest taka duża (śmiech).

- To zależy od punktu widzenia. Jest sporo zespołów, które grają w jednym składzie od 20 czy nawet 30 lat. Zdaję sobie sprawę, że taki przykład to całkowita skrajność, ale w Closterkeller wymieniałaś średnio jednego muzyka na rok.

- To prawda, ale tak układa się życie. Nie zawsze były to konflikty. Paweł Pietrzyński, czy nasz ostatni basista Pucek (Marcin Płuciennik – przyp. red) musieli odejść z powodów rodzinnych. Nie udało im się pogodzić spraw prywatnych z graniem, złapali też inne zajęcia. Bywało różnie. Zdarzały się konflikty, ale wiele rozstań śmiało nazwać mogę polubownymi.

- Na płycie „Cyan” usłyszeć można Edytę Bartosiewicz. Dlaczego właśnie tę artystkę zdecydowaliście się zaprosić do współpracy?

- To był zupełny przypadek. Mieszkałyśmy dość blisko siebie i czasem puszczałyśmy sobie swoje kawałki. Kiedyś pokazałam jej nasz numer, „Cisza w moim domu”. Stwierdziła, że jest fajny, ale ona zrobiłaby to inaczej. Na płytę Edyta nagrała swoją aranżację utworu a na „Cyan” ostatecznie zamieściliśmy dwie wersje tej piosenki. Pomysł współpracy zrodził się bardzo spontanicznie.

- Czy tak samo było w przypadku Titusa z Acid Drinkers?

- Dokładnie. Swego czasu dość często widywaliśmy się na wspólnych koncertach. Pewnego dnia w rozmowie z Titusem wspomniałam, że mam problem z zaśpiewaniem nowego numeru. Stwierdziłam, że musiałabym być facetem, żeby go zaśpiewać. Titus przesłuchał ten utwór i uznał, że on wiedziałby jak to zrobić. To może byś zaśpiewał – zasugerowałam. I zaśpiewał. Przetłumaczył mój tekst na język angielski i po prostu go wykonał.

- 2 marca ukazuje się płyta DVD pt. „Act IV” zawierająca zapis koncertu, który graliście podczas festiwalu Woodstock. Co jeszcze będzie można znaleźć na tym wydawnictwie?

- Będą tam 3 utwory z Woodstocku '98, 2 z festiwalu w 1999 roku, część koncertu, który graliśmy w zeszłym roku przed Pałacem Kultury w ramach finału WOŚP oraz kilka wywiadów.

- Od Waszego ostatniego albumu „Nero” minęło już 5 lat. Co jest powodem tak długiej przerwy?

- Nową płytę nagralibyśmy na pewno wcześniej, ale rozeszły się nasze drogi z poprzednim gitarzystą. Do zespołu dołączył Mariusz (Kumala – przyp. red) i zdecydowałam się przesunąć termin robienia nowego materiału. Stwierdziłam, że warto poświęcić trochę czasu na zgranie się, lepsze zrozumienie.

- Obecnie pracujecie nad zawartością nowego albumu. Co możesz dziś powiedzieć na jego temat?

- Będzie piękny. Z pewnością delikatniejszy, niż „Nero”, lżejszy. To będzie płyta dużo bardziej psychodeliczna, ulotna... Po prostu piękna, bo właśnie taki był tym razem mój cel. Tak czuję i zauważam, że właśnie w ten sposób najlepiej działać będzie mieszanka moich muzyków. Nagraliśmy już demo, więc cały materiał jest praktycznie gotowy. Pozostało go już tylko zarejestrować.

- Potrafiłabyś porównać granie 20 lat temu do dzisiejszych występów?

- To zupełnie co innego. Przede wszystkim jesteśmy dużo bardziej doświadczonymi ludźmi, niż kiedyś. Każdy z nas świadomie używa swojego instrumentu. Zamiast walczyć z nim, przelewamy siebie w muzykę. Poza tym dziś mamy dostęp do znakomitego sprzętu muzycznego i jest nas na niego stać. Kiedy zaczynałam śpiewać w Closterkeller, takie rzeczy były poza naszym zasięgiem.

- Jakiej muzyki lubisz słuchać prywatnie?

- Raczej mocniejszej, niż grana przez Closterkeller. Lubię słuchać symfonicznego black metalu, z Dimmu Borgir na czele. Na temat sceny muzycznej nie powinnam się jednak prawdę mówiąc wypowiadać, bo nie śledzę jej zbyt dokładnie.

- Dlaczego?

- Ponieważ mam dwie pasje, które ze sobą walczą. To muzyka i komputery. Zamiast śledzić życie koncertowo - muzyczne, siedzę przy komputerze. Kilka lat temu, przed nagraniem płyty „Graphite” pracowałam jako serwisant w firmie komputerowej. Sama zamieściłam w internecie stronę Closterkeller. Dwa razy próbowałam nawet zostawić muzykę dla komputerów.

- Przed wejściem na scenę wchodzisz dziś na wybieg. Bierzesz udział w pokazie mody Miss Molly. Doszły mnie słuchy, że to nie będzie twój pierwszy występ w tej roli.

- Faktycznie, kiedyś byłam modelką. Przez pewien czas modelling stanowił nawet główne źródło moich dochodów. Mimo że jestem zdecydowanie za niska jak na modelkę, w agencji, w której pracowałam nie pozowałam tylko do fotografii, ale wychodziłam również na wybiegach. Zaproszenie na dzisiejszy pokaz przyjęłam z radością, ale nie mam zamiaru udawać pięknej, młodej dziewczyny. Jestem tu w charakterze takiej wisienki na torcie (śmiech).

- Czy chciałabyś przekazać coś licznej grupie ludzi zebranych dziś w Akademii Rycerskiej? Być może są wśród nich tacy, którzy nigdy wcześniej nie mieli okazji słyszeć muzyki granej przez Closterkeller.

- Bardzo cieszy mnie fakt, że jestem osobą rozpoznawalną, że istnieje zainteresowanie naszym zespołem. Chciałabym jednak, żeby Ci, którzy kojarzą Anję Orthodox znali również jej muzykę. Mój głos to moja największa zaleta, dlatego chciałabym, żeby każdy kto przeczyta te słowa zainteresował się naszą twórczością. To właśnie ona oddaje to co we mnie najlepsze.

- Dziękuję Ci za rozmowę.

Rozmawiał: Paweł Pawlucy

Wstecz