Władza - felieton [Teraz Rock 6/2008]


Felieton z serii "Łobi Jabi"

WŁADZA

Nowe utwory. Czyli nowe melodie, nowe teksty. Najlepszy czas. Najpiękniejszy i najbogatszy w emocje. Ułożyłam taką linię melodyczną, że aż dreszcze mnie przechodzą, jak ją śpiewam. Wymyślam za każdym razem kilka nowych jej wariantów, a każdy równie dobry. Ranyyy... I co teraz tutaj wybrać do tej finalnej wersji? Przecież utwór nie może mieć czterdziestu minut! W końcu wyrzucam większość motywów, wydzierając sobie razem z nimi kawał duszy, i zostaje Linia Ostateczna. Nieźle szarpie mną, jak tego słucham. Strach teraz tekst napisać - żeby nie straciło to swojego wyrazu. No ale trzeba, więc myślę, myślę i w końcu wymyślam. Ale temat! Aż bola same nad nim rozważania. Do pisania siadam oczywiście w nocy, gdy jest cisza, spokój i nikt mi nie przeszkadza. Jest szansa, że mękoły nie będą mi dzwonić, ani nie będą przychodziły mordujące wenę SMSy w stylu "ściągnij tanio najnowsze przeboje hip hop" itp., a wyłączyć fona nie mogę, bo "telefon do przyjaciela" w kryzysowych momentach pisarskich bywa niezbędny.

Zaczynam pisanie. Boli... Początkowo każde słowo i sformułowanie jest za słabe w stosunku do wymyślonego tematu. Cokolwiek nie wymyślę, wydaje mi się płaskie i banalne. W końcu łapię nitkę i delikatnie, aby nie zerwać podążam za nią. Angażuję się całą sobą w tworzenie. Serce boli i rzuca się jak motyl złapany w siatkę. W końcu głowa mi pęka i już nie mam siły. Myśli przelatują na przestrzał nie napotykając żadnego oporu, więc idę spać. Tematyka tekstu powraca we śnie pod postacią koszmarów i miele mi mózg aż do 13.00. Tekst jest naprawdę ważny i trudny do napisania, więc bujam sie tak z nim w tym łóżku i nosząc go ze sobą po mieszkaniu jeszcze kilka dni. Rodzina i koty w tym czasie głodują. Ale w końcu JEST! Uroczyście zamieniam go w postać drukowaną.

Teraz chyba najlepsza część roboty - nagranie demo! Kilka przymiarek i jak zwykle tu i tam coś nie pasuje, więc dokrajam i dociągam jak krawiec na żywym modelu. Jest OK, więc atakuję program Cubase. Oczywiście kabelki rozłączone, interfejs audio się nie słucha, jakas latencja z kosmosu się pojawia. I barwę trzeba ustawić jakąś przyzwoitą. Taaa... ja i realizacja dźwięku - tragedia po prostu. No, ale z zaciśniętymi zębami pokonuję kolejne przeszkody. Zaczynam!

O rany! No i nie da się... Taki tekst napisałam, ze nie mogę go zaspiewać! Dochodzę do jednego momentu i płacz zaciska mi gardło. Wraca trauma, jakiej doświadczyłam wcielając się w postać opisywaną w tekście. Plus jeszcze własne, całkiem niepożądane w tej chwili, refleksje i emocje. Siedzę i rycze nad klawiaturą. Chyłkiem tuptam do łazienki, bo co będzie jak np. wejdzie mój syn i zapyta, co mi się stało? Głupio jak cholera... Zimna woda na twarz... Dobra, wracam. Wączam znów "Record". Zaśpiewałam. Ale jak beznadziejnie! Jeszcze raz! Eee tam... Za mało emocji jakoś. Więcej? OK. Not to dochodzę do tego miejsca, co wtedy i znowu tup tup tup do łazienki... Dobrze, że nikt nie widzi mnie w akcji!

I tutaj pomijając kilka etapów czasowych przejdę do meritum. Otóż kiedyś tam wychodzę wreszcie na scenę. Pełnym emocji, wręcz łamiącym się głosem zapowiadam: A teraz mamy dla Was coś specjalnego - nowy, dla mnie bardzo ważny i piękny utwór... A na to droga publiczność: Fiuuuu... Fiuuuu... "WŁAAAADZAAAA!!!!!!" "Władza!" "Władza!" "Władza!" "WŁAAAADZAAAA!!!!"

ANJA ORTHODOX

Wstecz