relacja - "Rock pod Chełmcem" [Magazyn Muzyczny 8/1989]

Wałbrzych, 27.05.89

Przygwożdżony hałdami i kompleksami Wałbrzych, widmowe miasto-ruina, może się poszczycić nobilitującym osiągnięciem w skali globalnej, przynależnością do 12 najbrudniejszych miast w świecie. Na głowy ciężko tyrających ludzi spadają tu rocznie setki ton pyłów. Czyżby dlatego przez wiele lat młodzieżowa pop kultura nie mogła wydostać się na powierzchnię?

Nielicznych, którzy podjeli próbę stworzenia w tym mieście stałej imprezy rockowej powaliły tzw. trudności obiektywne. Od dawna istniał mit: wszędzie, tylko nie tu. Fatum pokonał w końcu "prywaciarz", Zygmunt Bogusz. Pomysł "Rocka pod Chełmcem", największego cyklu koncertowego na "ziemiach wyzyskanych", powstał nagle, również nazbyt gorączkowo - jak na kraine niespodzianek - przystąpiono do jego realizacji. Kilkakrotnie zachodziła konieczność zmiany sali, w końcu stanęło na hali "Górnika", akustycznie koszmarnej, z wysuniętymi ryłami tablic koszykarskich. W innych sprawach wybór też był niewielki - jesli sprzęt był dobry, to z miernym akustykiem - właściecielem nie do odklejenia. Gdy znalazł się niezły fachman, nowa aparatura dostawała zadyszki. Zawodzili "kooperanci", znienacka rezygnowały z udziału zaproszone kapele. Kanał za kanałem.

W 8 konkursowych edycjach "Rocka" wystąpiło ponad 60 (!) formacji z całego kraju, w tym wiele błąkających się dotąd gdzieś na obrzeżach rodzimej sceny. Przyjęcie formuły open, jakkolwiek szlachetne w zamiarze sprawiło też, że ludzie nieraz zgrzytali zębami katowani punkowo-metalową "kaszaną", gdy dziarskie drużyny daremnie spływały potem, starając się przekroczyć próg wtajemniczenia. Przekomiczne wyniki dawało niekiedy głosowanie publiczności, gdy na zasadzie kumoterstwa czy stylistycznego szowinizmu owi wprawkowicze bili na głowę instrumentalistów z przygotowaniem i wyobraźnią. Tak czy inaczej, grupy, którym udało się wystapić dwukrotnie, wykazały niekiedy zdumiewające postępy (np. wałbrzyskie Death of War i Sajgon). Ta długa impreza nie miała jakichś wyjątkowych odkryć, które rzuciłyby słuchaczy na kolana. Tym niemniej uwagę zwracają dwie formacje z Kamiennej Góry - ZMWiraże (to nazwa grupy), proponujący sugestywne melorecytacje w oprawie o zabarwieniu psychodelicznym oraz Tom Sawyer z interesującym gitarzystą Piotrem Rucińskim (ex Gilliwer), eksploatujący co prawda znane kawałki hardrockowe z lat 70, jednak bez niewolniczego naśladownictwa i z pewną brawurą estradową.

Wypada ponadto odnotować wsytepy przyzwoitych grup bluesowych - Obstawy Prezydenta z Bolesławca i Sony Blues ze Świdnicy. Budzi pewne nadzieje nieoryginalny, ale podrywający młodą publikę przebojowę witalnością wałbrzyski Bizzar. Można jeszcze wspomnieć o jeleniogórskim Nikodemie i Viet-Kongu. Pominąłem tu grupy, które dobrze znane są chociażby z nagrań radiowych, bowiem w finale imprezy z udziałem laureatów edycji (dwa miejsca zgodnie z regulaminem obsadził organizator), gdy do głosowania dorwało się dziennikarsko-muzyczne jury, właśnie one (zgodnie z tym, co było widać i słychać) wybiły się na czoło. Warszawski Closterkeller, który w trzeciej edycji wyżebrał jedynie 13 (!) głosów, w finale skasował główną nagrodę (200 tys. zł. od władz kulturalnych Wałbrzycha), dając koncert-pokazówkę, dopracowany w nadrobniejszych szczegółach. Zespół z zawziętą wokalistką Anją Orthodox utrzymywał słuchaczy w ustawicznym napięciu, hołdując stylistycznym koncepcjom bliskim X-Mal Deutschland. Niżej oceniono osobliwą Wielkanoc z Lubina, gdzie szczególną uwagę zwraca inna wokalistka, Kasia Jarosz, autorka frapujących, ulotnych tekstów, utrzymanych w klimacie melancholii i delikatnego pesymizmu. Zarobili jeszcze ludzie z dynamicznej Wolnej Europy (Opole) i trochę dla mnie niespodziewanie, bezpretensjonalni Cipiersi z Nowej Rudy.

Organizator, zabiegając o frekwencję, zaprosił na edycje i finał tzw. gwiazdy (świetny Kult, Kobranockę, T. Love) i gwiazdy wątpliwe (Bruno Wątpliwy, Reds, Dekret). Szturmowania sali jednak nie widziałem.

Andrzej Rąkowski

Wstecz