"Dwadzieścia lat muzyki" [Dziennik Łódzki 11/2007]

Dziennik Łódzki 11/2007
Zespół Closterkeller powstał w styczniu 1988 roku. Więc lada miesiąc stuknie wam 20 lat...

- To masakra jakaś...

Czy czujesz bagaż tych 20 lat, czy też to po prostu ot, tak, zleciało?

- Jest to dlamnie abstrakcyjne i sataram się o tym w ogóle nie myśleć. Gdy zaczynałam śpiewać, nie tylko nie myslałam, że to potrwa tyle lat, ale wątpiłam, czy w ogóle nagram jakąś płytę. A tutaj taki dorobek i nieprzerwana działalność przez 20 lat! Mnie się tymczasem zdaje, że działamy dopiero jakieś pięć lat. Nie czuję się dinozaurem.

A gdy patrzysz sama na siebie, to wydaje Ci się, że bardzo się zmieniłaś w stosunku do początków?

- Patrząc w lustro to niestety tak (śmiech). A poza tym? Na pewno też.Inne było wtedy podejście do tego, co robiliśmy. Było bardziej histeryczne i na zasadzie: ahoj, przygodo! Teraz jest lepiej. Jest w tym większa dawka spokoju, rozwagi i kontroli nad tym, co się dzieje. Zmieniła się też moja sytuacja osobista. Mam dwoje dzieci i mężczyznę a wiadomo, że mężczyźni to duże dzieci. Ale miłość do muzyki i pasję twórczą mam nadal taką samą.

Closterkeller to, moim zdaniem, zespoł bardzo konsekwentny, który z płyty na płytę się rozwija. Czy uważasz jednak, że to, co osiągneliście, jest wszystkim, co było możliwe w tym czasie?

- Dziękuję, że to doceniłes, bo dla mnie rzeczywiście było to bardzo ważne. Starałam się zawsze stanąć na uszach, by osiągnąć to, o czym mówisz. Jeśli zaś chodzi o twórcze spełnienie, to chyba osiągnęliśmy to, co było można. Nagrywać przez 20 lat płyty, z których każda nie jest gonieniem własnego ogona, to chyba jest największa rzecz, o jakiej twórca moze marzyć. Gdyby jednak brać pod uwagę kwestię popularności i pieniędzy, to mam nadzieję, że jeszcze wiele przed nami do osiągnięcia. I chętnie to osiągniemy (śmiech).

A czy jest coś takiego, czego nie zrobiłaś i tego żałujesz?
- Hmm... Trudne pytanie. Odpowiem tak, nie chcąc wchodzić w konkrety: żałuję, że nie podpisałam kontraktu z pewną firmą, a mogłam.

Masz jeszcze czasem ochotę wykonać taką artystyczną woltę, która wszystkich zaskoczy?

- Wolty to bym nie chciała wykonywać, bo to, o co mi najbardziej chodzi w muzyce, to realizuję z Closterkellerem. Zdarzało mi się robić różne rzeczy na boku i czułam się w tym fajnie. Ale nawet eksperymenty mogę robić z Closterkellerem, więc po co szukać? Być może gdybym otrzymała jakąś niezwykłą propozycję, tobym się zdecydowała.

W Twoich tekstach jest dużo autentyczności i otwarcia. Czy nie kosztuje Cię to zbyt wiele?

- Nie, bo ja jestem tam sobą. Nie kosztuje mnie to więc nic, bo sobą jestem też na co dzień. Oczywiście Anja na scenie i Anja w domu trochę się różnią, bo trudno, żebym w scenicznym wizerunku zmywała naczynia. Wiele osób dopatruje się w moich zachowaniach totalnego ekshibicjonizmu emocjonalnego, ale nie jest tak. Nigdy się nie obnażam w stu procentach, tylko do tego momentu, do którego chcę.

Swojego drugiego syna, Jakuba, urodziłaś dwa miesiące temu. Miałaś więc trochę przerwy od grania. Czy wracasz z nową energią i nowymi pomysłami?

- To nie była taka długa przerwa, bo ostatni koncert graliśmy w czerwcu. Nie będę jednak udawała, że wracam z nową energią, bo jestem matką karmiącą, a dziecko potrafi bardzo skutecznie wysysać energię, zwłaszcza przez nocne pobudki(śmiech). Ale innym kanałem budzi się we mnie jednak energia na myśl, że na rozpoczynającej się w Łodzi trzeciej części trasy Abracadabra Gothic Tour zagramy po raz pierwszy mnóstwo nowych utworów.

Czy jest już zatem gotowy materiał na nową płytę?

- W dużej części. Mamy gotowych dziesięć utworów. Myślę, że gdy wrócimy z trasy, jeszcze trochę popracujemy nad materiałem i zaczniemy nagrywać płytę.

Koncerty to także wasz dopracowany image, o który dbasz.

- Bo to ważna rzecz. Nie chcę, byśmy mimo upływu lat wyglądali jak niechlujne dziady, co się zdarza niektórym zespołom. U nas, poza moją osobą pełną uroku, są specjalne ciuchy i dwóch fajnych facetów, rockandrollowców, z tatuażami i długimi włosami.

W ubiegłym roku w sporym stopniu zmienił się skład Closterkellera - są nowi perkusista, basista i gitarzysta. Czy to w znaczący sposób wpłynęło na brzmienie zespołu, czy też wszystko trzymasz w stałej formie, niezależnie od muzyków?

- I to, i to. Nowi ludzie na pewno mocno wpływają na to, co zespół gra. Jednak rzeczywiście mam wyraźną wizję tego, co chcę. I dlatego jestem pewna, że Closterkeller nie zatraci swego wyrazu, choć zarazem będzie dużo nowego. Największe znaczenie ma zmiana gitarzysty, bo nowy, Mariusz Kumala, to także kompozytor i bardzo twórcza postać, i na nowej płycie będzie to widać. Album zapowiada się bardzo ciekawie, utwory są ładne i jest w nich dużo piękna.

Jak zatem album będzie się miał w porównaniu z poprzednimi płytami?

- Dla tych, którzy chcą porównać klimaty, to będzie płyta pomiędzy "Violetem" a "Graphitem". Będzie ona dosyć zwiewna, bogata w dźwięki. Będzie w niej trochę psychodelii i urody. No i dużo melodii. Marzyłam o nagraniu takiej płyty. Tworzący ją zespół jest skomplikowanym tworem, bowiem na pięciu członków Closterkellera jest czterech kompozytorów. To kocioł, w którym mocno wrze i sama jestem ciekawa, co się z tego wyłoni.

Czy zatem jako przewodnicząca tej osobliwej bandy jesteś osobą, która wszystko trzyma mocną ręką, czy też koledzy pozwalają Ci być delikatną kobietą?

- Muszę trzymać to wszystko mocno, czasami nawet wbrew woli kolegów. Bywają ciężkie dyskusje na próbach. Nie mam żądzy władzy, ale jestem szefową zespołu i gdy trzeba, to zdecydowanie egzekwuję swoje prawa. I tutaj niekiedy pojawiają się zgrzyty (śmiech).

Na polskim rynku muzycznym jesteś prawdziwą osobowością. Masz swój oryginalny, tajemniczy wizerunek. Czy w związku z tym nie chciałabyś czasami być gwiazdą, która zamyka się w niedostępnym zamku i żyje w innym świecie?

- Jeżeli czuję potrzebę zamknięcia się w jakimś zamku i oddzielenia się od świata, to ja to robię. Nauczyłam się po prostu wyłączać telefon i nie dać się ludziom nachodzić i zagłaskac. Taką gwiazdą, o jakiej mówisz, to chciałabym być jedynie po to, żeby mieć dużo pieniędzy, bo ich nigdy dosyć. Jest mnóstwo rzeczy, na które mnie nie stać, a chciałabym je mieć. Większość z nich służyłaby robieniu muzyki, ale jestem też maniakiem telefonów komórkowych. Jestem gadżeciarą (śmiech). Nie interesuje mnie jednak cała ta otoczka. Są ciekawsze rzeczy niż bycie celebrities. To przeciez okropne, bo robią ci zdjęcia, gdy masz krzywą minę i potem to publikują. Ja się cieszę, że życie mi się tak ułożyło, że mam jednak tę sztukę, która daje mi poczucie głębszego sensu istnienia.

Wstecz