"Mama na scenie: Anja Orthodox" [M jak mama 10/2007]

M jak Mama 10/2007
KONCERTOWA MAMA

Anja Orthodox o pierwszym porodzie, bólu, smoczkach i macierzyńskim doświadczeniu - czyli Anja, jakiej nie znacie. Jako wokalistka grupy Closterkeller potrafi dać czadu na scenie. Jest także fantastyczną mamą dla 14-letniego Adama. Rozmawiamy z nią tuż przed przyjściem na świat jej drugiego syna, Jakuba Oliwiera.



M jak Mama 10/2007
Mówisz: Jestem prawdziwą, rockową, czarną duszą. Nie zmieniło mnie pierwsze dziecko, nie zmieni mnie i to. Jesteś pewna? Przecież ono zawsze wprowadza w życiu rewolucję!

- Ale najbardziej to pierwsze, teraz to już wiem, co mnie czeka. Oczywiście, każde dziecko jest inne, więc inne są z nim problemy. Ale nic już nie będzie dla mnie takim zaskoczeniem, jak wtedy, gdy urodziłam Adasia. Z drugiej strony, mój syn ma teraz 14 lat, więc dużo juz zapomniałam.

Przegladasz książki i prasę specjalistyczną?

- Tak. I bardzo dziękuję magazynowi "M jak mama", bo znalazłam w nim dużo odpowiedzi na dręczące mnie pytania.

Jak przebiega Twoja obecna ciąża w porównaniu z pierwszą?

- Jestem zaskoczona tym, że znoszę ją aż tak dobrze. Chyba lepiej niż za pierwszym razem. Wtedy szlag mnie trafiał, bo to, co mogło mnie boleć,to mnie bolało; męczyły mnie okropne mdłości. Teraz tylko trzeci i czwarty miesiąc miałam przechlapany. Na szczęście, mam partnera, który świetnie się mną opiekuje i wykazuje anielską cierpliwość. Podziwiam go, bo to musi być koszmarne przebywać tyle czasu z taką nieszczęsną, sflaczałą babą. Teraz fizycznie czuję się znakomicie. W poprzedniej ciąży od szóstego miesiąca dolegał mi straszny ból pleców, a teraz - ani śladu. A przecież jestem dużo starsza - baba po czterdziestce powinna znosić taki stan fatalnie! Z racji mojego wieku to jest ciąża podwyższonego ryzyka. Staram się więc na siebie uważać, ale nie cackam się ze sobą nadmiernie.

Ale ciąża to przecież nie choroba!

- Toteż wystarczy wsłuchiwać się w swój organizm, on sam powie: przystopuj. Jak tylko słabiej się czuję, to się kładę. Dolega mi jeszcze jedna rzecz, która mnie doprowadza do szłau: mam uczucie, jakby kości miednicy zamieniły mi się w obolałą chrząstkę. Jak dłużej posiedzę i wstanę, to parę pierwszych kroków idę jak paralityk. Przeraziłam się. Ale - jak zwykle to robię - poszukałam informacji w Internecie. Sprawdziłam, że to normalne. Najbardziej boję się porodu, bo już znam ten ból! Teraz nie ma siły: biorę znieczulenie zewnątrzoponowe.

Było aż tak źle?

- Było gorzej niż źle. Leżałam pod monitoringiem, jak na torturach. Oddychaj między skurczami - mówiły położne. Fajnie, ale na tym wykresie nie było sinusoidy, tylko linia prosta - ja nie miałam żadnych przerw, nie miałam kiedy oddychać! (śmiech). Zdychałam. Prosiłam te babki, żeby mnie dobiły, bo jest mi wszystko jedno. Pytały mnie, czy chcę oksytocynę. Jak ma przyspieszyć poród, to chcę. A po niej przeciez jeszcze bardziej boli! Jako że jestem wokalistką śpiewającą bardzo mocne, siłowe wokale, to mam wyćwiczoną przeponę - jak pchnęłam po raz pierwszy, to z przerażenia... wciągnęłam to dziecko zamiast wypchnąć. A położna: No, to jest parcie! Pomyślałam: Aha, to o to chodzi. Dałam czadu i... poooszło dziecię - w całości. Aż poczułam trzask! To trzasnęła moja kość ogonowa!

Nic dziwnego, że tak się boisz... I bez takich "atrakcji" poród to przeżycie ekstremalne.

- Teraz wiele b abek chce mieć cesarkę. Ja też na początku myślałam: A pewnie, i tak mam już bliznę po jednej operacji. Ale poczytałam sobie o tym: przecież ta cesarka jest niekorzystna dla dziecka! Wtedy wyzwalają się w nim te hormony itd. To ja już wolę się pomęczyć, a dziecku tego kuku nie zrobię, ono jest najważniejsze. Ale jak sie niedawno dowiedziałam, że znieczulenie czasem nie działa, hmm... Mój doktor uspokoił mnie jednak, że w jego szpitalu przebiega to bardzo sprawnie. Mam nadzieję... Bo strasznie się boję. Te 14 lat temu byłam uspokajana w szkole rodzenia: Najpierw usiądziesz na piłce, potem się położysz, zrelaksujesz itd., a ja tak strasznie cierpiałam, że było mi wszystko jedno, czy ja siedzę na piłce, czy leżę w basenie. Mogłabym być przyczepiona za nogę do helikoptera i rodzić w locie - nie robiłoby mi to żadnej różnicy! I zaczęłam łapać schizę: Dlaczego ja tak cierpię? Przecież to miało nie boleć. Coś chyba jest nie w porządku. Lepiej niech kobiety wiedzą, że to bardzo boli.

Kobiety mówią też: zapomnisz o bólu, kiedy przytulisz dziecko...

- Tak, akurat! Ja z sześć lat miałam na ten temat paranoję. Dopiero od niedawna, gdy widzę scenę porodu w filmie, to nie uciekam z pokoju. Gdy pierwszy raz zobaczyłam Adasia, też myślałam o bólu. Pamiętam, że jak położyli mi go na brzuchu, to na mnie spojrzał tak nieprzyjemnie... Ja do niego też podeszłam z rezerwą. Pierwsza myśl: To przez ciebie tak cierpiałam! (śmiech) OK, ja histeryk trochę jestem.

Jednak zdecydowałaś się na kolejne dziecko. A może to niespodzianka?

- Nie! Ja nie jestem osobą, która zachodzi w niechciane ciąże. Planowaliśmy ją od sierpnia ubiegłego roku. Mariusz powiedział mi, że dla niego związek oznacza "dwoje plus dziecko", inaczej nie ma sensu. Ja mu na to: Jasne, tylko szybko je zróbmy, bo mam tyle lat, ile mam. Może ja zaraz menopauzy dostanę? I z kalendarzykiem w ręku dziecię było robione. Odstawiłam wszystkie używki, omijałam śmierdzące papierosami lokale, zaczęłam brać kwas foliowy, robiłam wszystko jak trzeba, Ale po drugim cyklu, gdy nam się nie udało, poważnie się zdołowaliśmy. Ponieważ moje pierwsze dziecko było "trafione" za pierwszym razem, to zakładałam, że teraz będzie tak samo. Aż w końcu w ogóle zapomniałam o cyklu. I na Boże Narodzenie tak się źle czułam, myślałam, że się przeżarłam. Poskarżyłam się koleżance. Spytała: A co ci jeszcze jest? Powiedziałam: Jest mi niedobrze, cycki bola jak przed okresem... Zaraz, zaraz... kiedy ja go powinnam mieć? 8 dni temu?! A wtedy ona zaraz poleciała kupić test i... ta-daam!

To jednak dwie kreski cię zaskoczyły! A jaka była reakcja przyszłego taty?

- Zwariował ze szczęścia, to jest w końcu jego pierwsze dziecko. Najlepiej, jak powiedziałam lekarzowi: Dzień dobry, jestem w ciąży, a on popatrzył na moją metrykę i spytał: To ciąża planowana, chciana? Rozumiem. Młodszy partner, który nie ma dziecka? No tak... klasyk. Ja też zawsze pragnęłam mieć kilkoro dzieci.

Między twoimi dziećmi będzie duża róznica wieku. Jak Adam przyjął wiadomość, że w domu pojawi się niemowlę?

- Ciężko było mi powiedzieć mu, że jestem w ciąży. Ledwo mi to przeszło przez gardło. A on najpierw zbaraniał, a potem się ucieszył. Teraz już nie może się doczekać. Ma różne genialne pomysły, np. żeby boba zamieszkał w jego pokoju. Mówię mu: Oczywiście, my ci wstawimy łożeczko, ale już po pierwszej nocy będziesz nas błagał, żebyśmy je zabrali.

Słyszałam, że masz już dla dziecka... czarne, wysłane aksamitem łóżeczko!

- Mamy więcej takich odjechanych, gotyckich gadżetów. To łóżeczko wypatrzyła gdzies moja koleżanka. Kupiła nam też w lumpeksie czarne śpiochy z kościotrupem. Ja znalazłam body z czachą i piżamkę w kości, które świecą po ciemku. Wyobraź sobie, że przychodzi ci taki maluch w nocy do sypialni (śmiech). Oczywiście nie będziemy z tego dzieciaka robili pajaca, nie ma mowy. Ale rockandrollowy bobas to co innego! W moim domu wisi na ścianie, jako dekoracja, gotycka sukieneczka. Myślałam, że może się przyda...

Mówi się, że silne kobiety rodzą chłopców.

- Też to słyszałam. To ja mam przechlapane, bo jestem zdecydowanie silna kobietą. Nawet Mariusz mówi: Ależ ja marnie skończyłem - z facetem się związałem, i jeszcze będzie miał dziecko! Niedawno na USG było wesoło. Pytamy: Co to? Lekarz mówi: Głowa, mózg. A ja dumnie: To po mnie. A potem na ekranie dziura się jakaś w mózgu pojawiła, więc Mariusz natychmiast zareagował, nie mniej dumnym tonem: A to po mnie! (śmiech). Jak poznałam płeć dziecko ,to zrobiłam niechcący głupi kawał koleżance bardzo zaangażowanej w moją ciążę. Napisałam jej w SMS-ie: Mam badania! Wszystko jest w porządku, ale bobas jest obciążony potężną genetyczną wada w postaci obrzydliwej narośli w kroku, która spowoduje u niego na resztę życia obniżony poziom intelektualny i emocjonalny - to facet! ha, ha, ha! Ona mi odpisała: No, trzymaj się, jestem z tobą. Zawsze możesz do mnie zadzwonić. Myślałam, że też się wygłupia. Po paru godzinach ciszy zorientowałam się, że coś jest nie tak. Zadzwoniłam. Ona wciąż płakała nad moim nieszczęściem!

A tak naprawdę - jakie masz wyniki? Dziecko jest zdrowe?

- Tak. Chociaż z żalem muszę powiedzieć, że "odbiłam się" od dwóch lekarzy, którzy nie chcieli mi zlecić badań prenatalnych. Pierwszego lekarza sama poprosiłam o skierowanie. Posłał mnie na drzewo. Póxniej byłam u lekarki, poczekałam dwie wizyty i spytałam: Dlaczego mi pani nie zleca badań prenatalnych? A ona na to: A po co?. Ja: A po to, że jestem w grupie dużego zagrożenia wadami genetycznymi! Powiedziała tylko: Oj, nie histeryzujmy. Wkurzyłam się strasznie, bo przecież lekarze mają obowiązek skierować na to badanie pacjentkę, która ma ponad 35 lat! Wywaliłam całą złość na ten kraj i mentalność lekarską mojej koleżance, wokalistce Fiolce. Uspokoiła mnie: Znam lekarza, który jest nowoczesny. A on od razu powiedział: robimy amniopunkcję. O kurczę... Co za koszmarne badanie! Po miesiącu czekania na wyniki okazało się, że wszystko jest w porządku. No i że to chłopiec.

Masz już wprawkę w wychowywaniu chłopaka...

- Nie powiem, wychowanie chłopaka ma też duże zalety. Tyle, że marzyła mi się dziewczyneczka w koronkach, brylancikach, takie słodkie stworzonko. Wszysyc tak chcieli zresztą. Umówilismy się z Mariuszem, że imię dla dziewczynki wybiorę ja, a dla chłopca on. Mam już Adama, więc chciałam mieć Ewunię. Ale jest Kubuś! Może będzie kiedyś dobrym muzykiem jak tata? Mój Adaś też już dużo gra, tyle że na komputerze, w gry! (śmiech)

Niedługo zabierasz niemowlę w trasę koncertową. Co na to zespół?

- Uprzedziłam ich już rok temu: Przygotujcie się na to, że mamy z Mariuszem takie plany. Ale spoko, nie zamierzam zmamusieć. I nie bójcie się, ze zrezygnuję ze śpiewania, nie ma takiej siły. Zrobię tylko przerwę na t konieczne minimum. Jak kilka miesięcy później przyszłam na próbę taka zielono-fioletowa na twarzy, spytali: Chora jesteś? Powiedziałam: A wręcz przeciwnie, udało się. Czyli przesuwamy trasę z października na listopad! (śmiech) Byli przerażeni: Co ty, chcesz jechać z dwumiesięcznym dzieckiem? Na szczęście, gra z nami Krzysiek - mój były mąż, ojciec Adasia - który fachowo im wytłumaczył: Właśnie z takim maluchem jest najmniejszy problem: tylko cyc, spanie, przewijanie.

Widzieli Cię też na koncertach w 8. miesiącu!

- I dałam radę! Za mojej pierwszej ciąży zaśpiewałam ostatni koncert w 6. miesiącu i ledwo go wyrzęziłam. A teraz w 8. - bez problemu! A to przecież nie jest jakies pitu-pitu, mój zespół łoi konkretnie. Nasz koncert to rockowy czad, a ja mam czasem mocne, trudne wokale, fizycznie wykańczające. Ale poszło mi znakomicie. Dopiero jak sobie wyobraziłam siebie w kałuży wód płodowych, przystopowałam z hulaniem po scenie.

A wizja, że będziesz karmić dziecko w kulisach, nie przeraża Cię?

- Trzeba będzie zawsze zorganizować jakiś zaciszny kącik i postarać się, by ktoś zajął się dzieckiem na czas koncertu. Bo nie ma opcji, żebym nie karmiła piersią. Mama przed laty przekonała mnie do tego, a potem to sama doceniłam. Dużo mi tez dały dawne zajęcia w szkole rodzenia, gdzie uczono, że należy wypracować w sobie równowage popytu i podaży - nie odciągać mleka i nie dopajać dziecka. Były trudne momenty. Ale jak nie mogłam już wytrzymać z bólu, to bezlistośnie budziłam bobasa i przystawiałam mu pierś. Miał odruch, więc ssał. Jestem jedyną znaną mi matką, któa nigdy nie odciągnęła pokarmu.

Krótko mówiąc, Twoje dziecko nie będzie chowane pod kloszem.

- Absolutnie! I zawsze mówiłam koleżankom, które chuchały na swoje: W czasie wojny dzieci się rodziły, na wsiach raczkują na piasku, i są zdrowe i radosne. Dziecko to nie jest figurka z saskiej porcelany. Jak Adaś nie chciał sweterka, to nie ubierałam go na siłę. Zaziębił się parę razy - i co? Odporności nabrał, kompletnie nie choruje. Albo pamiętam, jechałyśmy z koleżanką samochodem, ale musiałam Adasia przewinąć. Choć było zimno i padał delikatny deszczyk, to rozłożyłam kocyk na masce samochodu i przewinęłam go. Za to ona prawie zemdlała. Nie wariowałam tez nigdy z myciem. Przeciez wystarczy przemyć czasem dziecko gąbeczką, nie trzeba wszędzie wozić wanienki i odprawiać codziennie mszy kąpielowej.

Wyprawkę też już przygotowujesz? Nie czekasz, aż dziecko sie urodzi?

- Nie jestem przesądna. Ja juz mam wszystko, bo dostałam szału zakupów. Ale żadnych drogich rzeczy nie kupowałam, bo uznalismy, że duże pieniądze wydamy np. na krew pępowinową. Wózek znaleźliśmy na Allegro - używany, za 200 zł, ale piękny, na duzych kółkach. Kupiliśmy też używaną kołyskę - śliczną, zabytkową, za 150 zł. Mam już monitor oddechu. Były też w sklepie karuzelki - z Mozartem, Bacehm, ale jak zobaczyliśmy, że kosztują po 300 zł, to się nogami nakryliśmy. Na Allegro kupiliśmy podobną za stówę, bo była bez pilota.

Jesteś więc mamą nie tylko zapobiegawczą, ale i sprawną organizacyjnie.

- Nie do końca. Śmiesznym objawem ciążowym jest potworne roztargnienie. Niedawno wyjmowałam z bankomatu 200 zł, nacisnęłam przycisk, odebrałam kartę i poszłam, a za mną biegł pan i wołał: Prosze pani, nie wzięła pani pieniędzy. W domu nie jest lepiej: ile ja razy zupe wygotowałam do zera!

Bo nawet taka twardzielka potrzebuje wsparcia bliskich.

- Ustaliliśmy z Mariuszem, że musimy się nawzajem wspierać. Kiedy jedno z nas padnie z nóg, to pójdzie odpocząć. W tym czasie ta druga osoba musi przejąć ster przy dziecku. Zresztą i Mariusz, i Adaś bardzo się teraz o mnie troszczą. Wiesz, mam przy sobie naprawdę kochanych facetów!

Rozmawiała: Ewa Anna Baryłkiewicz

Wstecz