recenzja - Nero [Metal Hammer 12/2003]

Closterkeller
Nero
Metal Mind Productions
5

Przez długi czas wydawało się, że "Graphite" będzie ostatnią płytą Closterkeller. Tymczasem mamy nowy album, tym razem z czernią w tytule ("Nero") i - co sugeruje już sam tytuł - album najbardziej mroczny i depresyjny, w karierze zespołu... Po prostu Czarny... Muszę uprzedzić tych, którzy pamiętają closterkellerowe przeboje ze "Scarlet" czy "Cyan" - "Nero" to nie jest łatwa płyta, trudno szukać na niej przebojów, trudno też wyróżnić jakiś utwór po pierwszym, drugim czy trzecim przesłuchaniu... To muzyka, która - użyję specyficznej metafory - powoli wnika w krwioobieg słuchacza, która wraz z krwią nieuchronnie pompowaną przez serce, dociera do umysłu i pozostawia tam swój ślad... Nie trzeba poświęcać jej szczególnej uwagi, nie trzeba doszukiwać się w niej dobrych i złych uczuć, stylistycznych aluzji i inspiracji. "Nero" wymaga raczej od słuchacza szczególnej wrażliwości, z premedytacją znajdując uwielbienie u tych, których doświadczyło życie. Bo przecież dobra muzyka to ta, która potrafi przywołać wspomnienia. Nawet te bolesne... A "Nero" jest właśnie taką płytą, płytą, która pewnie by nie powstała gdyby nie nagromadzenie pewnych uczuć i wspomnień.

Muzycznie, to wciąż charakterystyczny Closterkeller - zespół chętnie flirtuje z orientalizmami (Patrząc Jak Toniesz), czasem jest w jego muzyce coś z połączonych stylistyk Joy Division i Sister Of Mercy (Podziemny Krąg), ale Anja po raz kolejny udowadnia, że potrafi napisać chwytliwą mroczną balladę (utwór tytułowy).

"Nero" to dobra, ale wymagająca płyta. Tylko dla wtajemniczonych.

Darek Świtała