recenzja - Reghina [Teraz Rock]

Closterkeller
Reghina
Metal Mind Productions
2,5

Przed zeszłoroczną trasą koncertową Dark Stars Festival Closterkeller przygotował dla fanów minialbum Reghina z rozmaitościami audio, ale i wideo (można tu znaleźć dwa klipy - Ktokolwiek widział i Królowa - oraz fragment DVD "Act III - Live 2003", z Podziemnym kręgiem). Nie pierwsza to w dyskografii grupy taka ?poboczna?, niepełnowymiarowa płyta - w 1992 roku światło dzienne ujrzała "Agnieszka".

"Reghina" rozpoczyna się od dwóch premierowych utworów zespołu, Lunar i Neo. Zarówno muzycznie, jak i tekstowo nie wybijają się one jednak ponad closterkellerową przeciętność; Neo zapada w pamięć głównie ze względu na urocze, pojedyncze dźwięki klawiszy (pod koniec również pojawia się ładny, fortepianowy motyw). Ciekawostką są współbrzmienia wokalne - drugi głos należy do Agnieszki Płuciennik. Następnie mamy przeróbki cudzych kompozycji. Zespół już niejednokrotnie opracowywał utwory innych artystów, ale naprawdę przekonująco wyszła mu tylko wersja Wild Flower The Cult, ze wspomnianej "Agnieszki". Tym razem najkorzystniej prezentuje się Minor Earth Major Sky z repertuaru A-ha; numer ten zabrzmiał niczym kompozycja Closterkellera ze wzglądu na gitarowe riffowanie przeplatane klawiszowymi interludiami. Przyznam, że najbardziej ciekawiło mnie, jak wypadnie Earth Song z repertuaru Michaela Jacksona - każdy, kto słyszał oryginał wie, że stężenie patosu było w nim trudne do zniesienia. Wersja Closterkellera nie brzmi łzawo, ale też nie wydobywa z tego utworu nic nowego - ten zaśpiew aaaaaah jako krzyk rozpaczy przeciwko ekologicznej zagładzie Ziemi jakoś mało przekonuje; natomiast o tym, że angielski akcent Anji nie jest perfekcyjny wiadomo nie od dziś (swoją drogą jestem ciekaw, czy kiedykolwiek popełniłaby ona linijkę what about elephants - what about us?) Na koniec dostajemy remiksy utworu Królowa, którego oryginał z albumu "Nero" mówił o schizofrenii więcej, niż kilka podręczników medycyny razem wziętych. Drugi z remiksów jest spod znaku techno. Pierwszy za to - zdehumanizowany do cna, pełen (jeszcze bardziej) chorych szeptów i (jeszcze bardziej) zdeformowanych elektronicznie głosów - jest wstrząsający. Jak na płytę z 40 minutami muzyki to jednak trochę zbyt mało.

PAWEŁ BRZYKCY